Po ostatnim spotkaniu u Bacha podjąłem solenne postanowienie, że nigdy więcej nie pójdę tam, jeśli będę miał chociażby cień podejrzeń, że w tym samym czasie będą u niego jego synowie. Już prędzej zaproszę Johanna Sebastiana do siebie, nawet gdyby miało to oznaczać konieczność posprzątania w swoim pokoju, czego od dawna przecież nie robiłem…

Wizyta zakończyła się kłótnią każdego z każdym. Nikt nie ustąpił ze swego zdania na temat najlepszego serwisu streamingowego, choć przez chwilę wydawało mi się, że sam senior rodu zaczął skłaniać się ku Tidalowi. Jakby tego było Bachom mało, rozpętali prawdziwe piekło, gdy niewinnie poprosiłem o wskazanie najlepszego wykonania „Das Wohltemperierte Klavier”, a przecież właśnie taki był pierwotny cel mojej wizyty.

Zrozumiałbym, gdyby każdy z nich wymienił jednego z wykonawców i, podobnie jak ze streamingiem, tkwił przy swym wyborze konsekwentnie, może nawet i uparcie. Nic z tego. Każdy z młodych Bachów przekrzykiwał braci, wyrzucając z siebie całe listy nazwisk, przeplatając pianistów i klawesynistów, bo i tu nie zapanowała zgoda, który z instrumentów miałby dziś priorytet.

Richter, Pobłocka, Gould, Leonhardt, Landowska, Schiff, Fischer, Tureck, Koroliov, Feinberg, Hewitt, Egarr, Zhu Xiao-Mei, Weiss — lista robiła się coraz dłuższa…

Nawet ojciec nie potrafił utemperować swych synów, co okazało się dużo trudniejsze niż temperacja używanych przez niego kiedyś różnorodnych klawesynów czy klawikordów, z których każdy starał się stroić samemu przed wszystkimi występami, nigdy nie będąc wystarczająco zadowolonym ze stosowanych za jego czasów cudzych systemów strojenia instrumentów klawiszowych.

Od czasów Pitagorasa, który spostrzegł, że struny współbrzmią harmonijnie, jeśli stosunek ich długości jest równy proporcji dwóch małych liczb naturalnych, o strojeniu instrumentów muzycznych zaczęła decydować matematyka, co dość szybko ujawniło sporą ilość ograniczeń, wynikających z tego, że odstępy między nutami w obrębie oktawy nie są równe i w związku z tym nie wszystkie interwały da się dostroić idealnie w tym samym czasie.

Precyzyjne dostrojenie niektórych tonacji wymusza na tym samym instrumencie ostrą niestrojność innych, co dla wielu muzyków było nie do przyjęcia. W ramach poszukiwania systemu strojenia, który działałby akceptowalnie we wszystkich tonacjach, szukano sposobów sprowadzających się na przykład do świadomego równomiernego, nieznacznego zniekształcenia wszystkich interwałów w systemie, w którym oktawa została podzielona na 12 półtonów o dokładnie równych odległościach pomiędzy dźwiękami.

Dla Bacha również ten kompromis nie był wystarczający. Zniekształcenia stroju równomiernego są wprawdzie na tyle małe, że ucho może to znieść, ale pojawiają się one wtedy nawet w najczystszej tonacji C-dur granej przecież bez krzyżyków i bemoli na samych białych klawiszach.

Brakowało poza tym możliwości odciśnięcia swego piętna, zaznaczenia indywidualnego smaku i muzycznego wyczucia stroiciela, które pozwalały doświadczonym muzykom dopasowywać interpretację i technikę wykonania utworów do zastosowanej różnorodnej temperacji, czyniąc z jej wyjątkowości dodatkowy atut również dla słuchaczy.

Takiej właśnie swobody potrzebował Bach w dostosowywaniu stroju instrumentu do konkretnych potrzeb utworu, miejsca, czasu i wykonawcy. Matematyczne modele stały się dla niego tylko teoretyczną podbudową nieszablonowych działań wpływających na frazowanie, dynamikę, synchronizację i artykulację konkretnego utworu.

Bach „strojąc klawesyny, umiał temperować tak dokładnie i poprawnie, że wszystkie klawisze brzmiały ładnie i przyjemnie” i wcale nie potrzebował do tego żadnej sztywnej normy, którą można byłoby nazwać „temperamentem Bacha”, a pierwszy taką tezę postawił już kilka lat po śmierci Bacha niemiecko-polski wydawca i muzykolog Wawrzyniec Krzysztof Mitzler de Kolof.

Może właśnie dlatego do dziś nikt nie znalazł pewnego sposobu na opisanie tak zwanego „dobrego temperamentu” stosowanego przez Kantora z Lipska. Może za każdym razem strój był indywidualnie dopasowany, szyty na miarę…

Cykl 24 preludiów i fug zapisanych w kolejnych tonacjach w ich chromatycznym pochodzie począwszy od C-dur i c-moll miał udowodnić, że na jednym stroju instrumentu każda z miniaturek będzie brzmiała pięknie i dostatecznie czysto.

Pierwszy ich zestaw dostał do nauki 12-letni Wilhelm Friedrich — najstarszy syn Bacha urodzony przez pierwszą żonę Marię Barbarę. Drugi zestaw skomponowany został 20 lat później dla dzieci z drugiego małżeństwa z zapobiegliwą Anną Magdaleną.

Trudno było mi się skupić w tym rozgardiaszu, a i sam Johann Sebastian miał chyba serdecznie dość tych wrzasków i wzajemnego przekrzykiwania się jego synów, bo w końcu nie wytrzymał i sam krzyknął na tyle głośno, że zdumieni młodzi Bachowie zamarli w bezruchu i zamilkli.

– Przestańcie się wymądrzać. Może mnie należałoby zapytać wpierw. Ja tu jestem!

– Żaden z was nie zadbał należycie o moją muzyczną spuściznę, a teraz robicie z siebie wybitnych znawców mojej twórczości i kreujecie się na autorytety przed moim przyjacielem — spojrzał na mnie i wydawało mi się przez moment, że puścił do mnie oczko…

Przyznać muszę, że nie spodziewałem się po Bachu takiego temperamentu. Naprawdę mi zaimponował, choć jak szybko się okazało, Johann Sebastian dopiero się rozkręcał:

– Tyle lat trzymałeś w swym domu partytury „Das Wohltemperierte Klavier”, ale nigdy ich nie zagrałeś — zwrócił się do Carla Philippa Emanuela, a pomimo widocznego zafrasowania syna postanowił wypuścić kolejny cios:

– Zresztą nie tylko to. Pracowałeś w tylu kościołach Hamburga, ale czy choć raz zagrałeś chociaż jedną z moich kantat?

Powoli zaczęło się robić niemiło.

– Obcy ludzie musieli mnie chwalić, często używając zresztą określeń metafizycznych, wręcz boskich. Schumann nazwał moje preludia i fugi „chlebem powszednim”, Anton Rubinstein uznał je za „Ewangelię dla każdego myślącego muzyka dążącego do wzniosłych ideałów”, a Goethe stwierdził, że ich „odwieczna harmonia… mówiła o Bogu, zanim świat został stworzony”.

– „Das Wohltemperierte Klavier” został uznany za dar dla ludzkości, a Hans von Bülow stwierdził wręcz, że dla muzyków to „Stary Testament” – Bach gotów był dalej wyliczać komplementy pod swoim adresem, ale kątem oka zauważył podniesioną jak w szkole rękę Wilhelma Friedricha. Pozwolił mu na odzywkę i szybko tego pożałował:

– A kto w takim razie robi za „Nowy Testament”? – pozornie niewinnie zapytał WF, a pozostali bracia ryknęli gromkim śmiechem. Muszę przyznać, że i ja z trudem się powstrzymałem. Poczułem się jednak wywołany do tablicy:

– Ten sam von Bülow za „Nowy Testament” uznał moje 32 sonaty — z satysfakcją odnotowałem ciszę, jaka zapadła i szybko dodałem:

– Ale ja uczyłem się na dziełach waszego ojca. Mój nauczyciel Christian Gottlob Neefe dał mi do grania właśnie „Das Wohltemperierte Klavier” gdy miałem 11 lat…

Johann Sebastian spojrzał na mnie z wdzięcznością w oczach, ale ja rozejrzałem się po pokoju, spojrzałem na rozbawionych synów mego przyjaciela i mistrza i właśnie wtedy podjąłem to solenne przyrzeczenie: Nigdy więcej rodzinnych imprez u Bacha, najwyżej posprzątam…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 457. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: