Od dawna czekałem na tę chwilę. Wprawdzie spotykałem się już z Bernsteinem w liczniejszym gronie i nawet przyłożyłem obie ręce do jego surowego pojednania z Karajanem, ale jak dotąd nigdy Lenny nie odważył się podejść do mnie z własnej inicjatywy i bez osób towarzyszących.

– Bardzo mnie zaintrygował wczorajszy fragment wpisu o tym, że wykonawcy tak potrafią czasami odmienić pierwotne wyobrażenia twórców muzyki, że bywa, iż nie są oni w stanie rozpoznać swoich dzieł, a niekiedy bywa też i tak, że nie są zdolni zaakceptować wykonawczych wizji prezentowanych bez porozumienia z nimi.

– Ja coś takiego przeżyłem wielokrotnie i nie zawsze moja odmienność interpretacji wychodziła mi na dobre – mówiąc te słowa, Lenny rozglądał się niespokojnie wokół, jakby zdradzał mi jakąś wielką tajemnicę.

– Czasami udawało mi się jednak zdobyć nie tylko przychylność, ale i przyjaźń kompozytorów, nawet tych najbardziej wybrednych. Tak było ze Strawińskim… – Bernstein wciąż się rozglądał, jakby na kogoś czekał.

– Bywało, że nie mogłem znieść marnowania szansy na pokazanie światu, jak ogromny potencjał tkwi w niektórych kompozycjach i podejmowałem ryzyko wykonań innych, niż nakazywała utrwalona konwencja.

– Gdy usłyszałem, jak mizernie dyryguje swoim „Świętem wiosny” sam Igor, to z trudem powstrzymywałem się przed wykonawczą rewolucją. Nie chciałem podpaść ani Strawińskiemu, ani Monteux, który prowadził premierę, ale w końcu nie wytrzymałem i zaraz po objęciu Nowojorczyków przedstawiłem światu swoją wersję – brutalną, brudną, pogańską, dziką, do bólu dysonansową…

– To wcale nie była łatwa decyzja. Gdy Igor wystawiał w Paryżu baletową wersję „Święta wiosny” to orkiestra pod Monteux miała zaplanowanych aż 100 prób, z których odbyła 52, a i tak na niewiele się to zdało, bo premiera zakończyła się skandalem, wkroczeniem policji na salę koncertową i zaaresztowaniem kilkudziesięciu protestujących widzów i słuchaczy, którzy nie mogli znieść ani muzyki, ani przaśnego, kanciastego, prymitywnie wyglądającego tańca, a w zasadzie to jakiejś mieszanki drgawek, trzęsawek, dygotów, tupotów, podskoków i bezładnej bieganiny.

– Hałas na widowni był tak wielki, że tancerze nie słyszeli muzyki i sytuację próbował ratować Niżyński, wykrzykując do nich kolejne numery tańców. Istny horror! Totalna porażka, z której zadowolony był chyba tylko Diagilew. Cały Paryż mówił o „Święcie wiosny”. To było jak koronacja, bo tak właściwie należałoby wiernie tłumaczyć rosyjski tytuł baletu.

– Sam Strawiński również długo nie potrafił w pełni okiełznać żadnej orkiestry, z którą wykonywał ten genialny balet. Muzycy często przerywali próby, sygnalizując coraz bardziej poirytowanemu kompozytorowi błędy, których oczywiście w jego zamyśle nie było.

– Ja naprawdę bałem się jego reakcji na moją pogańską wizję „Święta wiosny” – kontynuował Lenny – ale Igor, 45 lat po premierze po raz pierwszy był zadowolony i powiedział to swoje słynne: Wow!

– Dwa lata później skorzystał z moich pomysłów i nagrał własną wersję, której wreszcie nie musiał się wstydzić.

– Ja się zresztą nie dziwię niczemu. Dzisiaj wszystko wydaje się proste, bo zawodowi muzycy i profesjonalne orkiestry studiują i grają ten utwór wielokrotnie i trudno dziś znaleźć fagocistę, który już w szkole i na studiach nie uczyłby się rozpoczynać „Święta wiosny” tak, by od razu jak najbardziej atawistycznie dotknąć trzewi. Podobnie jest z innymi instrumentalistami i dyrygentami.

– Gdy jednak Strawiński przedstawiał na początku XX wieku partyturę, w której najważniejszym czynnikiem sukcesu było utrzymanie rytmu, to nic dziwnego, że zszokowane orkiestry trenowały występy po kilkadziesiąt razy.

– W zasadzie to nie powinienem mówić o rytmie, ale o rytmach, bo Igor w poszczególnych fragmentach baletu potrafił przypisać różnym instrumentom i tancerzom po kilkanaście rozbieżnych rytmów, żądając jednocześnie perfekcyjnie wyskalowanej całości.

– Do tego dochodziło jeszcze wyzwanie, by nadać muzyce charakteru adekwatnego do treści libretta, w którym poganie na Rusi poświęcają bogom młodą dziewczynę w brutalnym, demonicznym, a mimo tego świątecznie podniosłym akcie, aby wybłagać szybsze nadejście wiosny, która poprawi byt całego zmarzniętego zimą ludu.

– Czekasz na kogoś? – zapytałem w końcu Lenny’ego, wciąż widząc jego rozbiegany wzrok.

– Uhm, prosiłem Igora, żeby do nas dołączył za chwilę. Mam już mało czasu, więc proszę mistrzu, nie przerywaj mi… – Lenny aż zmarszczył brwi, zaskoczony swoją odważną bezpośredniością.

– Chciałbym cię prosić, abyś pomógł mi przekonać Igora, że już czas na akceptację nowych trendów w wykonywaniu jego utworów. On ma z tym spore problemy i bywa nieugięty. Pewnie pamiętasz, jak zbeształ Karajana za zbyt romantyczną wersję „Święta”?

– Mów prościej, do czego zmierzasz? – teraz i ja zacząłem się niespokojnie rozglądać, wyszukując nadchodzącego Igora.

– Dobrze wiesz, że jest co najmniej kilkadziesiąt wspaniałych wykonań „Święta wiosny”. Mierzyli się z tą muzyką wszyscy najwybitniejsi dyrygenci i wszystkie liczące się orkiestry, tak jakby to niezwykle wymagające dzieło było nobilitującym testem, probierzem muzyki, która nawet ponad sto lat od jej powstania nadal jest awangardowa i na wskroś współczesna.

– Wiem, wiem…

– Pojawiło się ostatnio wspaniałe wykonanie tokijskiej orkiestry, którego nie da się tak wprost wpisać w dotychczasowe kanony wykonań. Tak jak w 1958 roku moja nowatorska próba wyznaczyła trend, tak dzisiaj ci Japończycy pod Joe Hisaishim dzięki nowej wizji i wykonawczej pomysłowości, za pomocą klarownej separacji współbrzmiących instrumentów, niezwykłej precyzji rytmów, boskich dysonansów odegranych z tak cudnie zgrzytliwą dokładnością być może staną się wykładnią na przyszłe lata. Pomóż mi skłonić Igora, aby ich wysłuchał…

– O czym rozmawiacie? – dobiegł nas głos nadchodzącego Strawińskiego.

Postanowiłem kuć żelazo, póki gorące:

– O Hisaishim. Posłuchamy wspólnie? Może Ozawa pozwoli nam skorzystać ze swego znakomitego sprzętu?

Strawiński uśmiechnął się z ulgą, jakby właśnie w tej chwili pozbył się jakiegoś ciążącego mu od dawna problemu, podszedł do Bernsteina, położył mu rękę na ramieniu i powiedział z niespotykanym u niego kojącym tembrem głosu:

– A ja nie chciałem ci robić przykrości. To chyba będzie mój nowy lider, jeśli chodzi o „Święto wiosny” i martwiłem się, że będziesz miał do mnie żal. Dlatego nie chciałem słuchać tych Japończyków razem z tobą. Z tego samego powodu nie sądzę, aby dobrym wyborem było pójście do Ozawy. On chyba też będzie musiał przesunąć się na podium…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 417. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: