Parę dni temu usłyszałem dyskusję kilku mieszkańców DNM-u powszechnie u nas uznawanych za mędrców na temat tego, czy dopuszczalne jest, aby ateiści lub agnostycy pisali muzykę sakralną i muszę powiedzieć, że do dziś nie potrafię sobie wyrobić w tej kwestii precyzyjnej odpowiedzi.

Zaczęło się od tego, że musiałem sam dla siebie zrozumieć istotę różnic pomiędzy ateizmem a agnostycyzmem. Znałem wielu ateistów, ale z osób, które mówiły o sobie jako o agnostyku, to chyba kojarzyłem tylko Berlioza, ale i on sprawiał mi wiele problemów z poprawną definicją jego podejścia.

Z ateistą sprawa wydawała się prosta, bo każdy z nich po prostu nie wierzy w istnienie Boga. Koniec i kropka. A taki Berlioz?

Podobno codziennie uczestniczył w mszy świętej, a mimo tego konsekwentnie twierdził, że jest agnostykiem i że według niego istnienie Boga nie może być ani udowodnione, ani nieudowodnione.

Na poparcie swej tezy Berlioz wskazywał w dyskusji wynaleziony w Nekronecie pogląd urodzonego we Wrocławiu polskiego filozofa Jana Hartmana, który dość obrazowo pisał, że „gdyby Bóg istniał, to oczekiwałby, że będę agnostykiem, bo… pychą jest udawać, że się wie coś, czego się nie wie„, a poznanie i dowiedzenie istnienia Boga jest z założenia niemożliwe.

Muszę przyznać, że Hector zrobił na mnie tym wywodem spore wrażenie, a gdy jeszcze raz zacytował Polaka mówiącego, że „od kiedy jest internet, przekonałem się, że nie jestem najmądrzejszy na świecie” wielu go słuchających wydało z siebie pomruki rozbawionej akceptacji.

Niespodziewanie przed wszystkich wysunął się Colin Davis, który w powszechnej ocenie uznawany jest u nas za najwybitniejszego interpretatora muzyki Berlioza:

– Wielokrotnie prowadziłem twoją mszę za zmarłych i zawsze było to dla mnie, dla wykonawców i dla większości publiczności wydarzenie mistyczne. Czyżbyś nas oszukał?

Po chwili przy Colinie stali już kolejni dyrygenci. Podszedł Andre Previn, bliżej przysunął się Dimitri Mitropoulos, a tuż obok niego stanęli Bernstein i Munch, wpatrując się w Berlioza z niedowierzaniem i niepewnością.

Hector podniósł się ze swojego krzesła i spokojnym głosem powiedział:

– To nie religia ani wiara zmusiły mnie do napisania requiem, lecz potęga śmierci. Moja msza to jej celebracja, uznanie bezradności wobec niej i pokorna usługa dla umarłych. Wiem, że większość z was – tu spojrzał na stojących przed nim mistrzów batuty – starała się nadać mojej mszy wymiar religijny, ale nie wszyscy tak uczynili…

– Kogo masz na myśli? – odezwał się Charles Munch

– Wielokrotnie ostatnio słuchałem wykonania Paula McCreesha z festiwalu Wratislavia Cantans i muszę wam powiedzieć, że godzinami myślałem wtedy o śmierci, o umarłych, o nieuniknionym, o nieznanym, o muzyce towarzyszącej ostatniej drodze i naprawdę ani razu nie wspomniałem o Bogu… Bardzo, bardzo chciałbym być wtedy we Wrocławiu!

– Ale przecież to jest requiem, śpiewana w kościołach specjalna msza za zmarłych? – wyraźnie oburzył się Colin Davis

– No właśnie! Ite, Missa est! Idźcie, ofiara spełniona…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 404. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: