Chyba jednak nie nadaję się na bibliotekarza. Sporo dzisiaj narozrabiałem…

Pamiętając słowa Richarda Straussa, długo w nocy myślałem o tym, jak ja bym się zachowywał, gdyby przyszło mi żyć w czasach III Rzeszy.

Czy tak jak Pfizner, który został senatorem do spraw sztuki, a w podziękowaniu za gościnę Hansa Franka w Krakowie po zbombardowaniu swojego domu w Monachium napisał na cześć generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich uwerturę „Krakowskie pozdrowienie”?

A może jak Richard Strauss, który chyba ze strachu lub z głupoty zadedykował Goebbelsowi piosenkę „Das Bächlein”?

O tym, że nie są to powody do dumy, świadczą próby ukrycia tych faktów przed potomnymi. Numer opusowy uwertury Pfiznera przypisano dzisiaj operze „Das Christelflein”, a piosenkę Straussa opublikowano bez dedykacji dla hitlerowskiego ministra propagandy.

A ja mam sentyment do Straussa i nic chyba tego nie zmieni. Radośnie rozbraja mnie tymi swoimi programowymi poematami symfonicznymi, a za „Symfonię alpejską” chyba go wręcz pokochałem!

Chyba nie znam drugiego tak wspaniałego wielkogabarytowego obrazu namalowanego muzyką, jak ten opis jednodniowej wspinaczki na alpejski szczyt rozpoczęty pobudką natury niechcącej przegapić wschodu słońca, a zakończony zasypianiem lasu zasmuconego zapadającą ciemnością i wykończonego grzmotliwą burzą.

Ileż tam się dzieje pomiędzy nocą i nocą. Las zroszony nocnym potem; potok prowadzący do wodospadu; łąki w kwietnych kobiercach, na które z zazdrością spoglądają trawne pastwiska; ścieżki zachaszczone; zdradliwy lodowiec broniący szczytu przed zdobywcami; ich mistyczna euforia tuż pod niebem; zwycięski odpoczynek jakby wśród aniołów i lęk przed gniewem góry zmuszającej burzą do pospiesznego odwrotu. To chyba jakaś malarsko-poetyczna wizja, a nie muzyka!

I do tego jeszcze oni: muzycy i dyrygenci. Każdy z inną ścieżką prowadzącą na szczyt, każdy z inną paletą kolorów, każdy z innym zapasem dźwięków we wspinaczkowym plecaku…

Otworzyłem wreszcie oczy…

Przede mną, lecz odwrócony do mnie plecami, stał Richard, który rozłożonymi rękoma powstrzymywał pod ścianą biblioteki kilkanaście osób wpatrujących się we mnie, jak mozolnie wspinam się na alpejski szczyt, jak przesłaniam oczy porażone słońcem, jak ocieram pot z czoła i ukradkiem pojawiające się łzy. Co się ze mną dzieje!

Chyba nie nadaję się na bibliotekarza!

Pod ścianą zauważyłem Karajana, który powolnym krokiem podszedł do Straussa i leciutko popchnął go w moją stronę, a ja przez moment poczułem strach, że za chwilę będę musiał zejść ze szczytu.

– Pilnowałem, nikt nic nie wziął, wszyscy czekali, nawet Karajan — odezwał się wreszcie Strauss.

– Chyba powinienem wam w takim razie podziękować — wykrztusiłem z siebie trochę zawstydzony, ale jednak chyba i rozbawiony tą sytuacją.

– Czyżbyś słuchał mojego wykonania? — zbliżył się Karajan.

– Tak, wcześniej i to wielokrotnie. Ostatnim był jednak Antoni Wit. Chyba będziesz miał godnego przeciwnika, gdy już i on do nas dotrze — powiedziałem z lekką niepewnością reakcji Herberta von… i szybko dodałem:

– Chyba cię nie uraziłem?

Czemu tak często używam dziś słowa „chyba”? Czyżbym niczego nie był pewien?

O jedno jestem jednak wyjątkowo spokojny. Gdyby przyszło mi kiedykolwiek tworzyć moją własną listę osób obdarzonych łaską bożą, to chociażby za samą „Alpejską” znaleźliby się na niej i Strauss i Karajan. Chyba na pewno!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 463. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: