Kolejny dzień w bibliotece minął mi na tyle ciekawie i przyjemnie, że bez wahania zdecydowałem się poprosić Albana Berga o stałe uwzględnianie mnie w harmonogramie przyszłych dyżurów. Tylko się uśmiechnął, jakby chciał powiedzieć: wiedziałem, że tak będzie!

Nie wdawałem się co prawda w jakieś liczne rozmowy czy pogawędki, ale tyle obserwacji, ile udało mi się poczynić zza bibliotecznej lady, nie stało się dotychczas moim udziałem nigdzie indziej, no może tylko w stołówce. Tam jednak nie chciałbym dyżurów. Wolę się kojarzyć z inną strawą…

Pod wieczór kontrolnie zajrzał do biblioteki Ives w towarzystwie Richarda Straussa i Hansa Pfiznera. Niemcy, patrząc na mnie siedzącego za ladą, wyglądali, jakby przyszli na wycieczkę do zoo. Dobrze, że nie próbowali mnie dokarmiać…

Od dłuższego już czasu przymierzałem się do napisania o „Symfonii alpejskiej” Straussa i z tego powodu jego wizyta nawet mnie ucieszyła. Kątem ucha usłyszałem jednak coś, co sprawiło, że to postać Pfiznera stała się znacznie bardziej intrygująca. Przynajmniej w tej właśnie chwili, choć chyba jednak zbyt długo to nie potrwa:

– Do dziś nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że zacząłem z tobą przegrywać? Może stałem się za bardzo wagnerowski? Ale przecież miałem za sobą wspaniałe ćwierćwiecze z Don Juanem, Dylem Sowizdrzałem, Zaratustrą, Don Kichotem, z Salome, Elektrą i Kawalerem z różą. To wcale niemało, a mógłbym wymienić dużo więcej…

Słuchałem tych żalów Straussa i choć zupełnie nie zgadzałem się z jego tezą, dotarła do mnie na chwilę myśl, jak krucha potrafi być sława artysty i jak łatwo potrafi przeminąć, by czasem zupełnie niespodziewanie powstać jak feniks z popiołów. Chciałem powiedzieć Richardowi, że martwi się o swą sławę całkiem niepotrzebnie, ale dość niespodziewanie uprzedził mnie Pfizner:

– Był taki czas, że miałem dużo bardziej wpływowych znajomych i popleczników. Z perspektywy historycznych ocen nie ma się jednak zbytnio czym chwalić, więc pominę to milczeniem. Moje ówczesne przekonanie o absolutnej wyższości muzyki niemieckiej nad nowymi internacjonalistycznymi modernistycznymi trendami idealnie wpasowywało się w polityczny klimat coraz silniejszego nacjonalizmu i nazizmu w Niemczech.

– Moją misją stało się ostrzeganie duszy niemieckiego narodu przed zgubnym wpływem tak zwanego postępu muzycznego, a moim mottem stał się cytat ze „Śpiewaków norymberskich”: „uważaj na duchy i zjawy, aby żaden zły duch nie usidlił twojej duszy!”.

– Czułem się jak strażnik wagnerowskiego germańskiego ducha i bardzo chciałem dać temu wyraz także w swojej muzyce, jednak przy zachowaniu jakiejś metaforycznej zasłony.

– Wyobraziłem sobie sam siebie jako kardynała Carla Borromeo, który w czasie Soboru Trydenckiego w 1563 roku w ogromnym stopniu przyczynił się do zreformowania kościoła katolickiego i z żelazną konsekwencją wprowadzał w życie w następnych latach przyjęte soborowe postanowienia, lecz jednocześnie wbrew woli i cesarza i papieża stanął na straży muzycznego dorobku muzyki kościelnej, odmawiając zgody na powrót do chorału gregoriańskiego.

Ujednolicono liturgię; potwierdzono znaczenie siedmiu sakramentów; potępiono tezę głoszącą, że pośmiertny los człowieka jest odgórnie wyznaczony przez Boga; podtrzymano koncepcję wolnej woli, zdolnej samodzielnie wybrać dobro; potępiono indywidualne interpretacje Pisma Świętego; potwierdzono obecność Chrystusa w Eucharystii; a przy okazji zadbano również o zainteresowanie się sądów inkwizycyjnych heretykami, za których uznano protestantów i innych reformatorów, w tym Marcina Lutra; zakazano nepotyzmu i zalecono skromność kleru i kościoła.

Dzięki staraniom kardynała Borromeo zalecenie dochowania skromności nie dotyczyło na szczęście sztuki. Muzyka miała być nadal wielogłosowa, miała zachwycać wiernych i przekonywać ich o wspaniałości Boga, a przy okazji dodawać również splendoru jego ziemskim przedstawicielom w klerze…

Według zachowanej legendy Borromeo nie pozwolił na usunięcie polifonii z kościołów dzięki boskiej interwencji. Chcąc pokazać uczestnikom soboru, jak pięknie brzmieć mogą wielogłosowe msze, zwrócił się do mistrza Giovanniego Pierluigi da Palestriny o szybkie skomponowanie najpiękniejszej mszy, jaką by tylko potrafił, z zachowaniem wymogów przejrzystości tekstu i muzyki nakazanych przez sobór.

Ku zgrozie Borromeo Palestrina odmawia wykonania zlecenia, twierdząc, że „Bóg nie przemawia już w jego duszy”. Czy to jednak z łaskawości bożej, czy też ze strachu przed więzieniem i inkwizycją Palestrina doznaje podczas snu wizji, w której umarli kompozytorzy i jego zmarła żona niosą mu natchnienie, a aniołowie pracowicie w ciągu jednej nocy dyktują mu pełną „Missa Papae Marcelli”.

Trzyaktowa opera wspominająca legendę o Palestrinie, tak odmienna od powstałych równolegle współczesnych modernistycznych dzieł Schoenberga, Ivesa czy Berga, miała na celu wizerunkowe usytuowanie Pfiznera w pozycji natchnionego muzycznego strażnika równego kardynałowi Borromeo.

Jakby rzeczywiście za natchnieniem aniołów to prawdziwie piękny muzyczny relaks nawet bez religijnych konotacji i naprawdę szkoda, że „Palestrina” pozostała w zasadzie jedyną kompozycją Pfiznera, która przetrwała w powszechnym szacunku.

O ten szacunek wcale nie jest i nie było tak łatwo. Przyjaźń z Hansem Frankiem, prywatne odwiedziny młodego Adolfa Hitlera w szpitalu podczas choroby Pfiznera, ostry antysemityzm i nacjonalizm nie przysłużyły się przetrwaniu jego dobrego imienia.

– Wiesz, że byłem na Gottbegnadeten-Liste? – usłyszałem Hansa, zwracającego się do Straussa.

– Ja też — cichutko odpowiedział Richard — to nie dlatego ze mną wygrywałeś!

Wyraźnie wyczuwałem, że obaj chcą zakończyć ten temat, ale mimo tego nie potrafiłem się powstrzymać:

– O jakiej wy mówicie liście, o co chodzi? – spytałem tonem niedopuszczającym braku odpowiedzi.

Hans skinął głową do Richarda, jakby nakazując mu przyjęcie na siebie niemiłego obowiązku. Ten skierował wzrok ku ziemi i powoli wycedził:

– To ułożona przez Goebbelsa i Hitlera „lista obdarzonych łaską Bożą” osób szczególnie ważnych dla kultury III Rzeszy, których między innymi zwolniono ze służby w wojsku. Nie byliśmy na niej sami…

– Ja wiem o Karajanie, Furtwänglerze, Carlu Orffie… – zaczął wyliczankę Pfizner.

– Przestań — powiedziałem zdecydowanym tonem — tu i teraz liczy się u nas już tylko muzyka! Przecież właśnie dlatego tu jesteś!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 462. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: