Przygotowując się do następnego wpisu słucham od kilku dni kolejnych wykonań „Lohengrina” Wagnera i rozkoszuję się tą muzyką, otwierając przed nią duszę i zamykając oczy.

Mimo tej bezspornej fascynacji muzyką Wagnera wciąż wracają jednak do mnie przemiłe wspomnienia z niedawnych wydarzeń w sali kinowej.

Czy gdybym nie znał treści libretta opery Wagnera to, czy słuchając samej muzyki, choć raz trafiłbym ze swoimi skojarzeniami w intencje kompozytora. Myśl ta dręczy mnie od chwili, gdy moi przyjaciele zrobili mi kolejną niespodziankę i przywołali początki powstawania kroniki.

Zaproponowano mi eksperyment. Na otwarcie sali kinowej mieliśmy najpierw posłuchać samej muzyki do filmu „Interstellar”, a dopiero później obejrzeć właściwy film wraz z towarzyszącą mu ścieżką dźwiękową.

Wybór filmu absolutnie nie był przypadkowy. To dzięki scenie w nim zawartej wpadłem na pomysł, by dać znać mojemu ziemskiemu kontaktowi o zbliżającym się dramacie utraty możliwości słuchania muzyki w DNM-ie z powodu wyczerpywania się baterii do posiadanego już wtedy Phonaka.

Przypomniałem sobie swoją radość, gdy jego wnuczka odczytała z płyt wypychanych na podłogę moje rozpaczliwe błaganie o pomoc, a jego ukochana żona zrozumiała, że chodzić może o to, by ktoś, kto zmierzać będzie do Domu Nieśmiertelnego Muzyka, zabrał ze sobą zapas baterii dla mnie.

Nawet ich polubiłem i w swej wdzięcznej pamięci wciąż przechowuję tę chwilę, gdy dotarło do nich, że płyty na podłodze to bezpośrednia analogia do książek wypychanych z regału córki głównego bohatera „Interstellara”, którym oboje zachwycali się w tym czasie.

Tak, wybór filmu nie był przypadkowy…

Być może, gdyby nie Hildegarda z Bingen, dalej starałbym się utrzymywać z nimi kontakt. Rozmowy z matką-założycielką DNM-u podsunęły mi jednak pomysł na uruchomienie cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu” i, szczerze mówiąc, zapomniałem już o tym moim ziemskim melotumanie.

Wtedy, nie mając jeszcze dostępu do Nekronetu i do serwisów streamingowych, nawet nie przypuszczałem, że kilka lat później będę stał w sali kinowej i zastanawiał się nad tym, że wiele współczesnych kompozycji klasycznych nie sprawia mi przyjemności, a coraz częściej trafiają się twórcy, którzy zachowując piękno muzyki, dbają jednocześnie, by trafiała ona do masowego odbiorcy odwiedzającego kina, sale widowiskowe i stadiony.

Nie mam wątpliwości, że muzyka klasyczna i muzyka filmowa, to dwa odmienne gatunki twórczości, lecz niezbyt trafiają do mnie często słyszane próby ich wartościowania, podobnie jak przejawy wywyższania muzyki klasycznej nad filmową poprzez coraz częstsze nazywanie tej pierwszej „muzyką absolutną”.

Bywa beznadziejnie zła muzyka klasyczna i bywa piękna muzyka filmowa, rockowa, jazzowa… Ze wszystkich gatunków muzyki najwięcej skojarzeń z muzyką klasyczną wyzwala we mnie zdecydowanie muzyka filmowa i gdyby nie setki dzieł nas staruszków z poprzednich wieków być może wyparłaby ona muzykę klasyczną nie tylko z sal kinowych, ale i z auli koncertowych.

Najbardziej mnie bawi ekscytacja wielu mniej wprawionych kinomanów, którzy potrafią zachwycać się cudną muzyczną oprawą filmów, częstokroć nie mając pojęcia, że słuchają moich kompozycji lub dzieł Bacha, Mahlera, Debussy’ego, Wagnera, czy też setek utworów autorstwa innych mieszkańców DNM-u. Miło wtedy słuchać ich zachwytów nad piękną „muzyką filmową”… Tę samą muzyką odbieraną jako „klasyczna” często ominęliby szerokim łukiem! Obym ja nie postępował odwrotnie!

Komercyjna potrzeba pozyskania masowego odbiorcy sprawia czasami, że kusi się określeniem „muzyki filmowej”, przemycając jednak pod tą nazwą dzieła mniej akceptowanej powszechnie czystej klasyki. Tak stało się chociażby ze stacją radiową, której kiedyś często słuchał ten mój ziemianin.

Najpierw było to radio do odtwarzania muzyki klasycznej, czemu odpowiadała zresztą nazwa stacji „RMF Classic”, później był to miks muzyki klasycznej i filmowej, a dziś, od kilku zresztą już lat, bez dokonania zmiany nazwy stacji, słyszymy reklamowe dżingle radia zapraszające do słuchania „najpiękniejszej muzyki filmowej”. To chyba powszechny znak czasu. Elitarność przegrywa z masowością…

Muzyki do filmu „Interstellar” wysłuchałem z przyjemnością większą niż ta niejednokrotnie odczuwana podczas odsłuchu awangardowych lub wydumanych dzieł współczesnej muzyki klasycznej, które masowo odkładałem na bok.

Próbowałem wytworzyć w sobie własne wyobrażenia, jakim scenom filmu mogą odpowiadać kolejne fragmenty muzyki i… po obejrzeniu filmu okazało się, że… nie trafiłem ani razu! Śmiechu było co niemiara. Jedynie Kilar, którego coraz bardziej lubię, stanął w mojej obronie, mówiąc:

– „Ze swojego dorobku filmowego uważam za udane te kompozycje, w których stworzyłem zupełnie własny świat, pozornie oderwany od samego filmu. […] Kiedy komponuję, staram się nie powtarzać tego, co widać już na ekranie. […] Natomiast za najbardziej obrzydliwą formę muzyki filmowej uważam tę, która pokornie towarzyszy obrazowi i czerpie inspirację bezpośrednio z tego, co dzieje się na ekranie„.

Dodał także, że istnieje grupa kompozytorów muzyki filmowej, którzy mają tak mocną pozycję, że znajdują się w komfortowej sytuacji pozwalającej im na pisanie muzyki, zanim jeszcze nakręcony zostanie film, wymieniając w tym kontekście Ennio Morricone, Johna Williamsa i siebie samego.

Zrobiło się lekkie zamieszanie, bo o swoje upomniał się Siergiej Prokofjew, przypominając, że dzięki znakomitej współpracy z Eisensteinem mógł swoją muzyką wyznaczać kształt przyszłych scen filmu i wpływać nawet na jego scenariusz.

Lekko napiętą atmosferę rozładował ponownie Kilar, stwierdzając, że brak skojarzeń muzyki z tytułem filmu, z jego scenariuszem, z jego scenografią, z gwiazdorskim wizerunkiem aktorów wcale nie musi być wadą, a czasem może być nawet zaletą.

Przywołał na środek sali Leonarda Bernsteina i poprosił go, by przypomniał, co mówił dzieciom podczas swoich słynnych nowojorskich wykładów na temat złudności skojarzeń muzyki z jej prawdziwym lub domniemanym programem.

Lenny stanął tuż pod ekranem, na którym widoczne były napisy końcowe „Interstellara”, wsadził rękę do kieszeni spodni, przyjął postawę, jakby w Carnegie Hall opierał się o krawędź fortepianu, poprawił wciąż bujną grzywę i powiedział poważnym tonem:

– Mówiłem dzieciakom o twojej, mistrzu, „Pastoralnej” i wbijałem im do głowy, że nazwa tej symfonii wcale nie oznacza, że jest to muzyka o krowach…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 501. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: