Jeśli ktoś mówi, że plotkowanie to domena kobiet, to chyba niedostatecznie poznał naturę mężczyzn. Owszem jest różnica, bo mężczyźni zazwyczaj wyłącznie przekazują plotkarskie nowinki, a kobiety jeszcze dodatkowo je komentują, ale zbytniej różnicy w samej chęci obgadywania innych doprawdy nie widzę.

Od dawna próbowałem się dowiedzieć, dlaczego Rossini zaprzestał komponowania oper w wieku 37 lat i dopiero od Belliniego dowiedziałem się ciekawych przesłanek do zbudowania odpowiedzi.

Podobno początkowa euforia z powodu osiedlenia się Rossiniego w Paryżu z każdym kolejnym rokiem wzmagała bunt rodzimych muzyków, obserwujących postępującą dominację włoskiej opery nad rdzennie francuską twórczością.

Dość powiedzieć, że w latach pobytu Rossiniego w Paryżu ponad połowa przedstawień operowych pochodziła spod pióra Włocha. Jego pozycja była tak mocna, że mógł sobie pozwolić nawet na szantaż króla, który nie chciał mu przyznać dożywotniej emerytury, lecz szybko zmienił zdanie, gdy Gioacchino wstrzymał prace nad premierą „Wilhelma Tella”.

Karol X został usunięty z tronu w 1830 roku, a nowe rewolucyjne władze nie zamierzały realizować królewskiego postanowienia, argumentując to między innymi tym, że Rossini niebezpiecznie skutecznie wypychał z muzycznego rynku francuskich kompozytorów.

Dopiero długie pięcioletnie negocjacje przyniosły uzgodnienie, według którego, jak twierdzi Bellini, podtrzymana została dożywotnia emerytura w zamian za całkowitą rezygnację Rossiniego z dalszego komponowania oper.

Leniwego Rossiniego nikt nie musiał do takiego rozwiązania przekonywać. Nie musiał się martwić o pieniądze, a wolny czas mógł poświęcić na delektowanie się rozkoszami życia.

Umiał jednak dbać o pieniądze. Jego pierwsza żona Hiszpanka Isabella Colbran pożyczyła jeszcze przed ich ślubem sporą kwotę księciu Berwick i Alby, i uwolniony od kompozytorskich obowiązków Rossini postanowił pojechać do Hiszpanii, aby pożyczkę odzyskać, co mu się zresztą po latach udało.

Wizyta w Hiszpanii przyniosła jednak zupełnie nieoczekiwaną propozycję. Archidiakon Madrytu Manuel Fernández Varela zamówił u Rossiniego utwór, który mógłby być wykonany podczas świąt wielkanocnych. Rossini zamówienie przyjął, wrócił do leniwego życia w swojej paryskiej posiadłości i szybko zapomniał o zleceniu.

Ponaglenia Vareli zaniepokojonego nadchodzącym terminem Wielkiego Piątku spowodowały tyle, że Rossini, zdając sobie sprawę z tego, że nie zdąży, poprosił swego przyjaciela Giovanniego Tadoliniego o pomoc. Rossini napisał części chóralne i orkiestrowe, Tadolini dopełnił dzieło solowymi ariami i tak poskładane dzieło wysłano do Madrytu jako kompozycję własną Rossiniego z zastrzeżeniem, że jest ono do wyłącznego użytku Vareli.

Ze względu na panującą w Europie kwarantannę spowodowaną pandemią cholery, „Stabat Mater” nie dotarło na czas i wykonane zostało dopiero podczas następnych świąt wielkanocnych, wzbudzając natychmiastowo sensację na tyle dużą, że stało się znakomitym towarem handlowym.

Stęsknieni za kolejnymi operami wielbiciele Rossiniego rzucili się na nowe dzieło i nie zważając na jego sakralne przeznaczenie, nazwali „Stabat Mater” operą liturgiczną, co było nawet usprawiedliwione, bo boleść Matki Bożej pod krzyżem Rossini opisał z właściwym sobie operowym zacięciem.

Po śmierci Vareli to piękne „Stabat Mater” zostało sprzedane wydawcy za 2000 franków, a więc za kilkakrotnie więcej niż otrzymał kiedyś Rossini. To uświadomiło mu, że również na dziełach sakralnych da się nieźle zarobić i natychmiast usunął części Tadoliniego, uzupełniając je własnymi i zastrzegł sobie prawa autorskie do nowego dzieła.

On naprawdę miał głowę do interesów. Wyrzekł się starego „Stabat Mater”, a nowe natychmiast sprzedał za 6000 franków… Dobrze, że nie wiedział, że wydawca odsprzedał je za 8000 franków braciom Escudier, a ci z kolei odstąpili prawa do niego dyrektorowi paryskiego Teatru Włoskiego za 20000 franków…

Majątek Rossiniego wyceniono po śmierci na dwa i pół miliona franków i to pomimo tego, że nawet po rozwodzie systematycznie dofinansowywał uzależnioną od hazardu pierwszą żonę aż do dnia jej śmierci.

Tego też dowiedziałem się od Belliniego…

Tak sobie pomyślałem, że chcąc się dowiedzieć czegoś smacznego o Bellinim, powinienem udać się do Rossiniego…

INSPIRACJA WPISU: