Spanikowałem.

Gdy rankiem, głodny i niewyspany, snułem się w kierunku stołówki, mrucząc z niezadowolenia, że w ogóle musiałem wychodzić od siebie, zobaczyłem w głębi korytarza sylwetkę Strawińskiego i nagle mój instynkt samozachowawczy zareagował szybciej niż nierozbudzony jeszcze mózg.

Po kilkudziesięciu godzinach słuchania „Święta wiosny” miałem już taki przesyt, że na samą myśl, że Igor niesie mi kolejne wykonania do przesłuchania, zrobiło mi się słabo i niedobrze. Ja już i bez tego potrzebowałem detoksu…

Nie powiem, żebym narzekał. To był wspaniały czas, a każde kolejne wykonanie otwierało mi coraz szerzej uszy na tę niezwykłą muzykę, a gdy jeszcze zacząłem słyszeć szczególiki, jak na przykład gong w finale u Hisaishiego, to naprawdę byłem z siebie zadowolony.

Nie potrafiłem się rozstać z ponad pięćdziesięcioma wykonaniami i jest to chyba rekord w kronice, ale jak to jednak mówią: co za dużo, to niezdrowo. Głowę mam otumanioną i taką trochę… skłonną do składania pogańskich ofiar. Czas na detoks!

Próbując zejść z pola widzenia Strawińskiego, sprawdzałem kolejne drzwi, aby się za nimi schować. Jak na złość większość moich sąsiadów wyszła już na śniadanie i dopiero klamka u drzwi Haendla ustąpiła pod naciskiem.

Georg Friedrich wyraźnie nie zamierzał wychodzić. Przypomniałem sobie, że podczas złej pogody donoszą mu posiłki, aby nie narażać niewidomego na taplanie się w kałużach. Chciałem go przeprosić za najście, ale Haendel nawet nie zwrócił na mnie uwagi.

Dopiero po chwili zauważyłem w jego uszach słuchawki, z których dobiegł mnie przytłumiony dźwięk… „Święta wiosny”. Nie do wiary, czyżby czytał moją kronikę?

Chciałem po cichu wyjść niezauważony, ale obracając się ku drzwiom, potknąłem się o stojące przy stoliku krzesło. Hałas sprawił, że Haendel przekonany o dostawie posiłku, krzyknął jedynie w stronę drzwi:

– Proszę postawić na stoliku. Dziękuję. Co dzisiaj jemy?

Poznał mnie natychmiast po pierwszych słowach i pomimo swej ślepoty po samym dźwięku precyzyjnie mnie zlokalizował. Zawsze mu zazdrościłem tego niezwykle wyczulonego słuchu. Ja głuchy zazdrościłem ślepemu, ech…

– Jak to dobrze, że ktoś przyszedł. Jestem jak w amoku. Całą noc słuchałem Strawińskiego i chyba mam już przesyt i potrzebuję gruntownej zmiany.

Nawet się nie przyznałem, że czuję się winny, podając we wpisie o Igorze ponad pięćdziesiąt wykonań i że ja też potrzebuję odtrutki. W poszukiwaniu odpowiednich słów wyręczył mnie Georg Friedrich:

– Pewnie tego nie wiesz, ale gdy rozwiązano Królewską Akademię Muzyczną powstały w Londynie dwa konkurujące ze sobą ośrodki muzyczne. Król Jerzy II i jego żona wspierali mój Teatr Królewski w Covent Garden, a ich syn Fryderyk, książę Walii, objął patronatem Operę Szlachty i szczerze powiedziawszy od czasu, kiedy udało im się zatrudnić Farinellego, to mieli dużo lepszą ekipę niż my.

– Genialny kastracki głos Farinellego działał na publiczność Londynu jak silny magnes. W moim zespole największą atrakcją była w tym czasie piękna tancerka Marie Sallé z Opery Paryskiej i z wiadomych względów para to nie miała się ku sobie.

– Potrzebowałem jakiejś dodatkowej atrakcji. Nie starczały już opery we włoskim stylu ani monumentalne oratoria, których produkowałem bez liku. Bez Farinellego nie mieliśmy szans.

– Wpadłem wtedy na pomysł, aby każdą przerwę pomiędzy aktami oper czy oratoriów wypełniać swoją grą na organach. Zazwyczaj były to improwizacje na kameralnych organach z pojedynczą klawiaturą i bez pedałów. Delikatne brzmienie instrumentu idealnie nadawało się do integracji z orkiestrą, co szybko zaowocowało pomysłem łagodzących nastrój koncertów organowych.

– Te uprzyjemniające czas przerw w operach i oratoriach organowe koncerty stały się okresowo słynniejsze niż same opery i przyniosły mi sporo pieniędzy, ale kastrata jednak nie pokonałem. Myślę, że dziś też będą dobrą zmianą po „Święcie wiosny”. Zapomnisz o młodych nagich dziewczętach poświęcanych pogańskim bogom…

Pomysł na tyle przypadł mi do gustu, że przysiadłem na fotelu Haendla i po chwili delektowałem się kojącą muzyką. Po kilku godzinach słuchania koncertów organowych uspokoiłem się, wyciszyłem i coraz częściej wspominałem kastratów niż pogan. Z niepokoju, że zamienię jedno uzależnienie na drugie, podziękowałem gospodarzowi i zacząłem przesuwać się w stronę drzwi.

Haendel wydawał się zasłuchany w swoją muzykę, ale gdy nacisnąłem już klamkę u jego drzwi, usłyszałem:

– A gdzie śniadanie, które mi przyniosłeś?

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 418. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: