Czekam na Bacha już trzeci dzień, a on, jakby z przekory po przeczytaniu ostatniego wpisu o „Wariacjach Goldbergowskich”, omija mnie szerokim łukiem. Czyżby było aż tak źle?

Rozglądałem się po stołówce, wyszukując ewentualnej skwaszonej miny Johanna Sebastiana po moim wpisie jak po właśnie co wypitym kwaśnym kompocie, ale zamiast tego wpadła mi w oczy intrygująca scenka, którą widziałem już przecież także i wczoraj, i przedwczoraj. Ciekawe…

Nad siedzącym przy stoliku Donizettim pochylał się, podobnie jak w poprzednich dniach, Claudio Abbado i mocno gestykulując, jakby stał za dyrygenckim pulpitem, wyraźnie próbował coś wymóc na swoim rodaku, ale Gaetano konsekwentnie kiwał odmownie głową.

Na chwilę zapomniałem o Bachu i z rosnącym zaciekawieniem podszedłem do stolika Włochów i stanąłem tuż za Abbado. Teraz słyszałem już wyraźnie:

– Ludwik pewnie tylko się z tobą droczy, na pewno napisze o „Don Pasquale”, przecież to jedna z twoich najpiękniejszych spośród 66 oper, możemy iść do niego razem… – Claudio nie przestawał pomimo wyraźnie zauważalnej zmiany w kiwaniu głową przez Donizettiego, który zamiast naprzemiennych ruchów w prawo i w lewo wyraźnie zaakcentowanym podnoszeniem głowy i dodatkowo jeszcze oczu usilnie próbował skłonić Abbado, by ten wreszcie się odwrócił.

– Pewnie mu się spodoba puenta, że ożenek z młodymi kobietami nie jest dla staruchów… – Claudio wciąż mówił, nie zwracając uwagi, że na ostatnie słowa Donizetti aż spąsowiał i lekko się skurczył.

– Swoją drogą pięknie przedstawiłeś przemianę Noriny z delikatnej, wdzięczącej się i potulnej przed ślubem w rozrzutną heterę po ślubie i po przepisaniu majątku. Ludwik pewnie też by się dał nabrać…

Tego było już za wiele. Bezceremonialnie stuknąłem Abbado dość mocno w ramię, a gdy się odwrócił, zamiast spodziewanego zażenowania zobaczyłem na jego twarzy uśmiech jak włoskie słońce w pełni nad brzegiem Adriatyku.

– Na wszelkie sposoby próbuję nakłonić Gaetano, by zawalczył o „Don Pasquale”. To wspaniała komedia o starszym kawalerze, który w trosce o swego siostrzeńca nie wyraża zgody na jego ślub z młodą wdową, a po buncie Ernesta postanawia go wydziedziczyć i samemu znaleźć żonę i spłodzić dziedzica.

– Żeby zrealizować swój plan, Don Pasquale w obu jego punktach potrzebuje pomocy rodzinnego lekarza Malatesty, lecz ten, jak się okazuje, bardziej sprzyja Ernestowi i jego ukochanej Norinie. Przedstawia posiwiałemu pracodawcy Norinę jako swą rodzoną siostrę Sofronię, która dopiero co opuściła klasztor. Niewinna, nieśmiała, uległa i słodka…

– Don Pasquale i bez pomocy medykamentów od Malatesty poczuł przypływ męskości i natychmiast gotów był pojąć Norinę-Sofronię za żonę i przepisać na nią majątek. Przypadkowo w pobliżu czekał już fałszywy notariusz – prywatnie kuzyn Malatesty no i stało się. Pierwszy etap planu gotowy…

– Po upozorowanym ślubie Sofronia nie była skłonna do wizyt w sypialni Don Pasquale, męskość odpłynęła szybciej, niż się pojawiła, a jeszcze prędzej znikał majątek, który „żona” trwoniła na wymyślne wydatki i na podwyżki dla coraz liczniejszej służby, zjednując ją oczywiście dla siebie.

– A gdy jeszcze niby przypadkiem Sofronia upuszcza liścik, z którego Don Pasquale dowiaduje się o jej schadzce w ogrodzie z młodym zalotnikiem, to zaczyna intensywnie myśleć o tym, jakby się tu pozbyć „żony”.

– Zbawieniem okazuje się siostrzeniec, który powiadamia Don Pasquale, że chce jednak poślubić swą ukochaną Norinę i pragną zamieszkać wspólnie z wujem. Dopełnieniem ukartowanego podstępu jest gwałtowny sprzeciw Sofronii przeciw dzieleniu domu z inną kobietą i groźba wyrażona wobec „męża”, że odejdzie, jeśli tak się stanie…

– Słysząc to, Don Pasquale natychmiast wyraża zgodę siostrzeńcowi na ożenek, uposaża go majątkiem i zaprasza go wraz z żoną do siebie w gościnę. To powinno wystarczyć, by pozbyć się Sofronii…

Nawet mi się podobała ta opowieść Abbado i chętnie bym jej słuchał dalej, lecz dość niespodziewanie wtrącił się Gaetano, mówiąc:

– Jak można się domyślić nowa żona Ernesto – Norina to ta sama osoba co Sofronia. Wszystko się jakoś wyjaśniło, Don Pasquale nawet odetchnął z ulgą, ale ja wciąż czekam, czy Claudio powie wreszcie, dlaczego tak zachwala tę moją operę?

Donizetti spojrzał wymownie na Abbado a ten, dopiero teraz, pokraśniał jak słońce zachodzące nad Adriatykiem i wreszcie wystękał:

– Jednym z ciekawszych wykonań tej opery dyryguje mój siostrzeniec Roberto…

Nie potrafiłem powstrzymać się od śmiechu. Rozstaliśmy się dość przyjaźnie, podobnie jak Don Pasquale z Noriną-Sofronią. Niby zgoda, ale zadra gdzieś wciąż tkwi…

Wracając do siebie, o mało co nie wpadłem na Bacha, który rozradowany i podekscytowany niemalże wykrzyczał mi wprost do Phonaka:

– Czekam na ciebie i czekam… Słuchałem Lang Langa kilkanaście razy i muszę ci Ludwiku powiedzieć, że jestem zadowolony. Tylu wkurzających „dziwactw” nie słyszałem od czasów Goulda… Super! A ty coś taki skwaszony?

– A nic, nic to, właśnie się dowiedziałem, że niektórzy mają mnie za naiwnego starucha…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 471. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: