Już pierwsze delikatne odgłosy uderzeń o dach wzbudziły poruszenie wśród posilających się śniadaniem w DNM-owej stołówce. Wielu zaczęło spoglądać z nadzieją na sufit i w okna, przyspieszając opróżnianie talerzy i gromadząc się przy wyjściu… Zbliżał się deszcz, co było u nas na tyle rzadkie, że wyzwoliło u wielu nieopanowaną chęć obmycia niebiańskiego kurzu.

Temu amokowi oczyszczenia poddali się i ci, którzy mieszkają już w DNM-ie długie stulecia, i ci, którzy deszcz pamiętają jeszcze na własnej skórze. Tak to jest z amokiem.

Mając wyciszonego Phonaka, nie słyszałem pierwszych padających na stołówkę kropel i dopiero Bach podszedł do mnie i krzyknął mi prosto do ucha:

– Deszcz, Ludwiku, deszcz… Chodźmy szybko…

Wśród pląsających po kałużach młodzików i młódek musieliśmy wyglądać z Bachem jak dwa dinozaury, które zamiast radośnie łapać niezliczone krople, dostojnie czekają w miejscu na te, które same ich znajdą.

Z rozbawieniem spoglądałem na rozbrykanych mieszkańców Domu Nieśmiertelnego Muzyka, rozglądając się wokół. Zerkając w stronę naszych kwater z pootwieranymi oknami, w których stali rozradowani widzowie kosmicznego prysznica, zobaczyłem nagle widok, który w ułamku sekundy odebrał mi całą radość. W jednym z okien, zamkniętym i ponurym ciemnym tłem pokoju, stał Chopin…

Tak zlęknionej, może nawet przerażonej postaci chyba jeszcze w DNM-ie nie widziałem. Wskazałem Fryderyka Johannowi Sebastianowi, a ten złapał mnie za rękę i w sposób niepodlegający dyskusji powiedział:

– Chodźmy!

Wątpiłem, żeby Chopin wpuścił nas do pokoju, bo niewielu się to przydarzyło, ale determinacja Bacha sprawiła, że posłusznie podążałem za nim krok w krok.

Drzwi do pokoju Fryderyka były lekko uchylone, zapraszająco witające. Bach zastukał i nie czekając na odpowiedź, pchnął drzwi i wszedł do środka. Ja za nim krok w krok.

Chopin skłonił lekko głowę na widok Bacha, a mnie jakby zignorował. Poprosił Johanna Sebastiana, aby usiadł w jego fotelu, a mnie nadal jakby nie zauważał. Dopiero po posadzeniu starszego z nas, odwrócił się w moją stronę i powiedział, a w zasadzie wyszeptał tak cicho, że musiałem Phonaka ustawić na maksa:

– Bardzo chciałem, żebyś mnie zauważył, dziękuję…

Podprowadził mnie do stolika i wskazał na jedno z krzeseł i dopiero gdy usadowiłem się wygodnie, rozpoczął opowieść, która miała okazać się długim emocjonalnym monologiem.

– Kiedyś kochałem deszcz, kojarzył mi się z moimi rodzinnymi stronami i z pierwszym miłosnym zauroczeniem, gdy podczas pobytu w Dusznikach spotykałem się przy źródle z piękną Czeszką Libuszą obsługującą kuracjuszy. Miałem wtedy 16 lat, ale dziewczęce kształty Libuszy pod strojem przemoczonym deszczem zapamiętałem na długo.

– Niestety nie każde moje deszczowe wspomnienie jest tak ponętne i kształtne. Doprawdy nie wiem, co mnie pokusiło, aby udać się z George Sand i jej dziećmi na Majorkę. Początkowo było cudownie. Mieszkaliśmy w małej willi niedaleko Palmy i wiedliśmy tam „przecudne życie”. Sand troszczyła się o mnie jak matka, Solange z każdym dniem lubiła mnie coraz bardziej, a Maurycy jeszcze mnie nie nienawidził.

– Idylla nie trwała jednak zbyt długo. Pogoda zrobiła się okropna. Deszcz padał na okrągło, zrobiło się bardzo zimno, a ja z każdym dniem czułem się coraz gorzej i coraz bardziej cierpiałem. Za namową Solange poszedłem do miejscowego lekarza, a ten stwierdził u mnie objawy gruźlicy…

– Wieść rozeszła się szybko po okolicy, wyproszono nas z dotychczasowego lokum i żaden z tubylców nie chciał nam udzielić gościny. Dopiero w starym klasztorze w Valldemossie, gdzieś „pomiędzy skałami i morzem„, ostatni mieszkający tam braciszkowie przyjęli nas bez pytań i zastrzeżeń.

– Początkowo byłem nawet zadowolony z zamieszkiwania w pustej klasztornej celi, bo na ten wakacyjny pobyt na Balearach wziąłem ze sobą do studiowania partyturę twoich „Das Wohltemperierte Klavier” – Fryderyk uśmiechnął się do Bacha – ponieważ od kilku lat tworzyłem szkice miniaturowych utworów, które właśnie na Majorce chciałem złożyć w jeden opus preludiów, tym bardziej że przed wyjazdem wziąłem na ten cel 500 franków zaliczki od Camille’a Pleyela.

– Nie chciałem do końca kopiować twojego pomysłu – Fryderyk ponownie przymilnie zerknął na Bacha – więc zachowałem co prawda wszystkie 24 durowe i mollowe tonacje, ale nie ułożyłem ich tak jak ty chromatycznie, lecz w porządku koła kwintowego wraz z rosnącą ilością krzyżyków, a następnie z malejącą liczbą bemoli…

– Wiem, wiem – powiedział Johann Sebastian, a i ja przytaknąłem skinieniem głowy

– W tych dwudziestu czterech preludiach zawarłem chyba wszystkie znane sobie emocje, czyniąc każde z nich muzycznym wstępem do skomplikowanych rozważań nad naturą ludzką. Nigdy nie określiłem nazw tych miniaturek, chcąc, by do refleksji pobudzała sama muzyka. Każdego do innych, każdej kolejnej chwili do odmiennych niż poprzednio.

– Działałem intuicyjnie i nie do końca miałem świadomość, że powstanie dzieło, które potomni nazwą „mikrokosmosem zmienności nastrojów, emocji, ekspresji, tempa, melodyki, rytmu, dynamiki czy barwy”.

– Stworzyłem kalejdoskop kontrastowo zmieniających się miniatur, które zagrane w komplecie wypełniają moją emocjonalną wyobraźnię od początku do końca, od urodzin do śmierci, od naiwnego szczęścia do zrozpaczonego dramatu, od ekstazy po rozpacz, od miłości po nienawiść. To wszystko tkwiło we mnie…

– Zadbałem również o to, by moje preludia były zróżnicowane nie tylko emocjonalnie, ale również wykonawczo. Są ciche i głośne, wolne i szybkie, spokojne i dynamiczne, ciepłe i agresywne. Idylliczne (1,7,11,23); elegijne (2,4,6); etiudowe (3,5,19); żartobliwe (8,10,14); marszowe (9,20), balladowe (12,16,18,22); nokturnowe (13,15); śpiewne (17,21) i apokaliptyczne (24).

– Wyczytałem kiedyś w twojej monografii autorstwa mojego rodaka Hugo Leichtentritta ładne podsumowanie tego, o czym mówisz – Bach wstał z fotela, podszedł do Chopina i chyba próbował go objąć, ale Fryderyk cofnął się o krok. Niezrażony tym Johann Sebastian kontynuował:

– Ten muzykolog i kompozytor napisał, że „różnorodność nastrojów i wrażeń zawartych w Preludiach op. 28 nie znajduje równej sobie w całej światowej literaturze muzycznej” i ja się z tym całkowicie zgadzam. A ty, Ludwiku?

Wstałem ze swojego krzesła, ale nie próbowałem zbliżać się do Chopina. Skinąłem tylko głową na potwierdzenie słów Bacha i powiedziałem:

– Mów dalej, Fryderyku…

– Wyprawa na Majorkę była prawie jak podróż poślubna, ale mimo tego pokłóciłem się z Lukrecją – wznowił monolog Chopin, a ja aż ponownie usiadłem na dźwięk nieznanego mi imienia.

– Ona koniecznie chciała każde preludium nazwać i próbowała mnie przekonywać, że słyszy deszcz stukający w szyby, burzę wichrzącą fale na morzu, dzwony z klasztornej wieży; że widzi kwiaty, ważki, ćmy i mnichów sunących w żałobnym korowodzie; że wyczuwa niepokój, niepewność, desperację i strach; że przeczuwa śmierć i domyśla się, że może być ona samobójcza. Strasznie mnie tym irytowała…

– O kim ty mówisz, Fryderyku? – nie wytrzymałem

– Od czasu, gdy George Sand opublikowała książkę „Lukrecja Floriani”, w której przedstawiła swoją wizję przyczyn naszego rozstania, często mówiłem o niej właśnie Lukrecja. W jednym z listów do Wojciecha Grzymały napisałem wręcz: „Nigdy nikogo nie przeklinałem, ale teraz jestem tak zmęczony życiem, że prawie przeklinam Lukrecję. Ale ona też cierpi i cierpi bardziej, ponieważ ona starzeje się w niegodziwości. Szkoda Soli! Niestety! Na świecie wszystko idzie źle!

– Chyba nie jest jednak aż tak źle, skoro miliony ludzi pokochały twoje preludia – obruszył się Johann Sebastian

– To prawda – dość pokornie odpowiedział Chopin, zbliżając się do Bacha o pół kroku – Są jednak i tacy, którzy nawet tu w DNM-ie uważają je za „chorobliwe, gorączkowe, odpychające, o dzikiej pstrokatości„.

– Kto taki? – znowu nie wytrzymałem

– Robert Schumann na przykład – Fryderyk nieświadomie zacisnął wargi

Już chciałem coś odpowiedzieć, ale uprzedził mnie Bach, który z trudem powstrzymując śmiech, wykrztusił:

– Odrzuciłeś jego przyjaźń, nigdy nie zagrałeś żadnego z jego utworów, nawet tych tobie dedykowanych, swoim uczniom nigdy nie dałeś żadnej kompozycji Roberta do ćwiczeń, a teraz się dziwisz?

Chopin wyglądał, jakby nagle odkrył nową tonację. Usiadł na opuszczonym przez Bacha fotelu i długo milczał. Dopiero gdy zauważył, że kierujemy się w stronę wyjścia, powstał i jak dziecko nakłonione do niechcianych przeprosin wyszeptał:

– Spróbuję to naprawić. Dziękuję, że przyszliście. Spójrzcie, już nie pada…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 420. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: