Już od pierwszych chwil gdy wszedłem do stołówki, wyczuwałem coś nierutynowego, coś niecodziennego, nietypowego dla utrwalonych wiekami reguł przyjętych dla delektowania się naszą współobecnością podczas posiłków. Coś było wyraźnie nie tak…

Większość stolików, choć zastawionych dymiącymi talerzami, czekała w samotności na brzęk sztućców i szmer porannych, wciąż jeszcze zaspanych rozmów. Tylko w prawym rogu stołówki, tuż przy oknie zaglądającym do budzącego się ogrodu, było gwarno i tłoczno.

Dopiero gdy podszedłem bliżej i zobaczyłem przy jednym ze stolików nienagannie ubranego Chopina, jasna stała się przyczyna niecodziennego zachowania spragnionych i zgłodniałych mieszkańców Domu Nieśmiertelnego Muzyka.

Fryderyk tak rzadko pojawiał się w stołówce i tak nieczęsto opuszczał swój pokój, że każde jego publiczne pojawienie się stanowiło u nas nie lada sensację.

Jeszcze większym zdumieniem było to, że jedynym rozmówcą Chopina okazał się Pergolesi, a wszyscy inni szczelnie otoczyli ich stolik, starając się dosłyszeć choć pojedyncze słowa.

Również i ja stanąłem w pobliżu, wzmocniłem głośność Phonaka, a gdy zaczęły do mnie docierać okruchy rozmowy: …mistrz Ludwik, gruźlica, kronika, śmierć za młodu, chucherko, ja też… – dotarła do mnie przyczyna pojawienia się Chopina. Czyżby wreszcie znalazł u nas swoją bratnią duszę?

Na myśl, że być może Fryderyk czyta moją kronikę, zrobiło mi się zadziwiająco przyjemnie, ale nie zamierzałem naruszać miru ich spotkania i dyskretnie wycofałem się w stronę swojego stolika, przy którym zapewne stygła już moja poranna ambrozja.

Po drodze minąłem siedzących przy jednym stoliku Liszta, Mendelssohna i Schumanna. Wyglądali jak konspiratorzy a ich szepty i gestykulacja na tyle mnie zaciekawiły, że zapomniałem nawet o swym aromatycznym napoju. Stanąłem przy nich i wymownie chrząknąłem:

– A wy nie z Fryderykiem?

– Od rana mówią tylko o śmierci. Mamy już dość – odchrząknął Schumann

– Poza tym trochę nam głupio. Niby wszyscy trzej szczyciliśmy się przyjaźnią Fryderyka, ale gdy napisał sonatę b-moll, wiesz mistrzu, tę z marszem żałobnym, to każdy z nas skrytykował go niemiłosiernie, a tu wszyscy jak się okazuje, uznają tę sonatę za dzieło geniusza – dodał Liszt.

– Dziś są inne czasy, ale mimo wszystko muszę przyznać, że mówiąc dawniej, że „brzydzę się tą muzyką” mocno przesadziłem – autentycznie zawstydzonym tonem odezwał się Feliks

– Ja też nie byłem lepszy – Schumann aż przełknął ślinę – powiedziałem nawet, że „muzyką to nie jest, bardziej kpiną”, a już na pewno nie sonatą.

– A co ja mam powiedzieć. Napisałem, że Fryderyk potrafił pisać tylko miniatury i absolutnie nie miał wyczucia wielkich form. Uznałem, że skomponowanie sonaty przekraczało jego umiejętności – dodał Liszt, po czym wymownie postukał się w głowę, czym rozbawił naszą grupkę, co pewnie nie uszło uwagi pozostałych.

– Ty przynajmniej napisałeś, że marsz Fryderyka jest „tak przenikliwej słodyczy, że z trudem można go uznać za muzykę z tej ziemi”, a ja, ech, szkoda gadać – Schumann był wyraźnie niepocieszony i podłamany – nawet wyrwało mi się, że marsz żałobny „ma w sobie coś odrażającego”.

– To niesamowite jak Fryderyk – spróbowałem powstrzymać ich żałosne ekspiacje – zbudował wokół tego marsza, napisanego przecież dwa lata wcześniej niż pozostałe części, całą dramatyczną pogrzebową narrację. To po prostu kongenialne! A gdy jeszcze Anton Rubinstein nazwał kilkudziesięciosekundowy finał wieńczący marsza „wiatrem wyjącym wokół nagrobków”, a całą sonatę określił „poematem śmierci” to przydomek „funebre” dla marsza i sonaty stał się niepodważalnie nawieczny.

– Ja to nazwałem „ogadywaniem po marszu” – na dźwięk zbliżającego się głosu Chopina wszyscy czterej odwróciliśmy się jak na komendę. Schumann pobladł i nawet powstał z krzesła. Fryderyk zbliżył się do naszego stolika, położył wychudzoną rękę na ramieniu Roberta i powiedział:

– Chciałem przeprosić, mogę się przysiąść?

Przypomniałem sobie wcześniejszą obietnicę złożoną mi przez Fryderyka, że spróbuje się pogodzić z Robertem i nie ukrywam, że zrobiło mi się miło. A jednak…

Schumann nie dowierzał własnym uszom, ale natychmiast wskazał Chopinowi zwolnione przez siebie miejsce.

– Miałeś rację Robercie, że nie jest to klasyczna sonata, ale to nie ja nie potrafiłem opanować tej formy, co raczej nie pozwoliłem, by forma mogła w jakimkolwiek stopniu ograniczać mnie, rozumiesz to? – Fryderyk wypowiadał te słowa naprawdę pojednawczym tonem

– Uhm – mruknął wciąż lekko otumaniony Schumann

– Od jakiegoś czasu śmierć była mi codziennym towarzyszem myśli – kontynuował Chopin. Nawet na Majorce „pomimo 18 stopni ciepła, róż, pomarańcz, palm i fig” „zaziębiłem się i chorowałem przez dwa tygodnie jak pies”. Badało mnie trzech lekarzy: „jeden wąchał, com pluł, drugi stukał, skądem pluł, trzeci macał i słuchał, jakem pluł. Jeden mówił, żem zdechł, drugi – że zdycham, trzeci – że zdechnę”.

– Wszyscy to mamy już za sobą, więc pewnie doskonale wiecie, że sama śmierć nie jest wydarzeniem artystycznym i nikt nie bije braw za jakość występu. O nas artystach tworzy się wprawdzie poematy i mity, jak pięknie i często nabożnie umieramy, ale rzadko kiedy ma to cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.

– Gdy przeczytałem opis swojej śmierci według mojego spowiednika, to najpierw się zezłościłem, a później długo się śmiałem z tych bzdur. O tym, jak umierałem najlepiej wie moja siostra Ludwika.

– Głupio dedykować komuś sonatę pogrzebową, ale ja chętnie właśnie jej bym ja poświęcił – Fryderyk uśmiechnął się sam do siebie.

– Panicznie bałem się pogrzebania żywcem. Ostatnim wysiłkiem woli napisałem na kartce tuż przed zgonem: „Kiedy ten kaszel mnie zadusi, zaklinam Was, każcie otworzyć me ciało, by mnie nie pochowano żywym”. Miałem rację co do swych obaw, bo po stwierdzeniu zgonu przez pierwszego lekarza żyłem jeszcze przez kilkadziesiąt minut…

– Moją wolę wypełniła właśnie Ludwika. Nie dość, że doprowadziła do sekcji zwłok, to jeszcze wycięte serce wywiozła do Polski. Kochana Siostrzyczka.

– Opowiesz nam coś więcej. Podobno dużą rolę odegrała w tym przedsięwzięciu również Jane Stirling, z którą próbowano cię zeswatać? – Schumann zrozumiał niestosowność swego pytania, dopiero gdy spostrzegł zimny wzrok Fryderyka. Przez chwilę zrobiło się nieswojo…

– Wracam już do siebie. Mam dosyć na dzisiaj – zamknął rozmowę Fryderyk. Jeśli chcecie jednak dowiedzieć się więcej o moim wyciętym sercu i o mojej siostrze to przeczytajcie sobie cudny tekst „Serce Szopena” noblistki Olgi Tokarczuk. Naprawdę warto. To proza jak poezja. Coś pięknego!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 431. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: