Od kilku dni nie mam możliwości słuchania muzyki i czuję się tak samo nieszczęśliwy, jak wtedy, gdy nie miałem jeszcze Phonaka. Bez muzyki prowadzenie kroniki prędzej czy później utraci jakikolwiek sens. Koniecznie muszę coś wymyślić! Bez muzyki czuję się ubogi i nagi…

Ratując się przed pustką w uszach, codziennie odwiedzałem naszą DNM-ową bibliotekę. Mając dostęp do kopii oryginałów wszystkich świętych ksiąg, do setek apokryfów, do tysięcy midraszy i do milionów rabinackich komentarzy miałem nadzieję na znalezienie chociaż jednej odpowiedzi na ogrom kłębiących się we mnie od dawna pytań.

Czy biblijny Adam miał obojga rodziców? Dlaczego Lilith uciekła od Adama? Czy Adam i Ewa byli bliźniętami? Czy ojcem Kaina na pewno był Adam? Ile Kain i Abel mieli sióstr i w której z nich obaj zakochali się na zabój?

Czy rzeczywiście Noe oprócz zwierząt i roślin uratował także zalążki zła, karmiąc przez bulaj arki olbrzyma Oga, który nie mieszcząc się wewnątrz korabia, uwiesił się u jego zewnętrznej drabinki i dzięki Noemu przetrwał biblijny potop, mający przecież oczyścić Ziemię z niegodziwych ludzi i z półboskich pożądliwych gigantów rozglądających się za Ziemiankami?

Miliony pytań… Miliardy słów… Zero odpowiedzi!

Z własnych doświadczeń doskonale wiem, że słowa nie tylko opisują rzeczywistość, ale równie dobrze potrafią ją ukrywać, zniekształcać lub wręcz fałszować. Muzyka, która nie używa słów, nawet jeśli coś dokładnie opisuje, to raczej nie ocenia… Muzyka nigdy mnie nie okłamała!

Najczystszą muzyką, która przenosi mnie w ufny świat bez pytań i bez potrzeby poszukiwania odpowiedzi, znakomicie je sama sobą zastępując, od zawsze jest i chyba zawsze będzie muzyka mojego mistrza Johanna Sebastiana Bacha. Mam w swej pamięci wiele jego utworów, które wiernie towarzyszyły mi podczas głuchoty, a i dziś posłużą pomocą.

Przywołałem z pamięci niezwykłe suity francuskie, które Bach dedykował swojej drugiej żonie Annie Magdalenie. Pierwszą z suit przekazał żonie jako prezent ślubny, wpisując ją do „Notenbüchlein für Anna Magdalena Bach” a w następnych latach dopisał tam kolejne cztery.

Doskonale pamiętam cudne brzmienie klawesynu Christophe’a Rousseta, lutni-klawesynu Wolfganga Rübsama czy też fortepianu Murraya Perahii lub Andrei Bacchettiego i dziś ta moja pamięć będzie musiała zastąpić mi dostęp do Spotify i do dziesiątek innych wykonań.

Za parę, paręnaście dni nadrobię zaległości, ale dziś moja pamięć musi mi wystarczyć. Usiadłem wygodnie w fotelu i zacząłem nucić pod nosem kolejne części suit mojego mistrza. Dobrze, że mnie nie słyszycie… To, jak fałszuję, mogłoby sprawić, że nie uwierzycie w to, że jest to muzyka zdolna zachwycić wszystkich bogów, półbogów i zwykłych śmiertelników.

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 405. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: