Czy można być nieszczęśliwym z powodu szczęścia, które wypełnia każdy skrawek duszy i muzycznie pieści uszy? Już wiem, że można i to jeszcze jak!

Zaraz po powrocie z ogrodu na salę stołówki prawie że wpadłem na Liszta. Ponownie. Okazało się, że Franz cierpliwie czekał, aż zakończę rozmowę z Telemannem, a nasze spotkanie wcale nie było takie przypadkowe.

– Podobno nie masz jak słuchać muzyki? – zapytał dość bezceremonialnie, pochylając się nade mną, jakby chciał wyczytać prawdę bezpośrednio w moich oczach.

Może bym go jakoś zbył, może nawet i pogonił, ale przypomniałem sobie w porę, że kto jak kto, ale Franz na pewno jest mi życzliwy i już nie raz dawał tego dowód.

Gdy chciano postawić w Bonn mój pomnik, ale w ramach ogłoszonej w Paryżu zbiórki pozyskano jedynie 424 franki, to właśnie Liszt wyłożył większość brakującej sumy (ponad 10 000 franków). Może chciał się odwdzięczyć za to, że zrobiłem dla niego wyjątek i przyjąłem go na przesłuchanie jako 11-latka, pomimo tego, że bardzo mnie drażniły dzieci chcące zostać nowym Mozartem.

– Zapraszam do mnie – głos Franza wyrwał mnie z zadumy – mam nowy odtwarzacz i nowe słuchawki. Wszystkie dzieła poznaję na nowo!

– Gdy usłyszysz te najmniejsze nawet detale, subtelne ornamenty, zmiany dynamiki, muśnięcia klawiszy lub pedałów to łatwiej będzie mi udowodnić, że moja muzyka to nie tylko wirtuozeryjna ekwilibrystyka, ale również eteryczna poezja, filozoficzne emocje, ckliwe wzruszenia i poruszające dramaty. To prawdziwa podróż! Zapraszam…

– Powstanie swoich „Années de pèlerinage” zawdzięczam głównie hrabinie d’Agoult, ale towarzyszyły mi one przez całe życie. Modyfikowałem je i dodawałem nowe wraz z upływem lat i stałym przewartościowywaniem swoich wspomnień o miłości, o zdradzie, o tęsknocie, o marzeniach, o młodości widzianej oczyma starca, o szczęściu chwili, która nie domyśla się przyszłości.

– Pielgrzymowałem przez życie, mijając po drodze namiętną miłość, burzliwe romanse, podziw i zachwyt, fortunę i blichtr, piekło i niebo i zaznawszy tych wszystkich aspektów życia, nawet nie wiem, kiedy ucichłem i stałem się filozoficznie nastawionym starym księdzem. Wspomnień jednak nie utraciłem!

– Przemierzyłem Europę od Pirenejów po Ural, lecz najwspanialsze moje wspomnienia to te krótkie lata, gdy zaraz po ucieczce z Paryża przed mężem brzemiennej Marie d’Agoult przybyliśmy do Szwajcarii, zwiedzając wodospad Rheinfall w Schaffhausen, Jezioro Bodeńskie, St. Gallen, Jezioro Walenstadt, Einsiedeln, Goldau, Weggis, Brunnen, Gletsch, Bex, by osiedlić się ostatecznie w Genewie.

– Pamiętam to tak wyraźnie, jakby to było dziś: szukaliśmy śladów Wilhelma Tella, tuliliśmy się do siebie nad jeziorem wzdychającym szmerem fal pobudzonych wiosłami, kochaliśmy się podczas burzy, a budząc się o poranku, wsłuchiwaliśmy się w dzwony niesione przez dolinę wprost z Genewy. Lubiłem takiego siebie!

– Burze chyba były często, bo przez cztery lata waszego związku Marie urodziła troje dzieci, w tym Cosimę, przyszłą żonę Wagnera – zażartowałem, ale mój rubaszny dowcip nie przypadł Lisztowi zbytnio do gustu.

– Sielankowe wakacje spędziliśmy w Veyrier i Monnetier we Francji – Franz zbył mój żart – razem z George Sand i jej przyjaciółmi odbyliśmy nawet podróż na mułach przez góry od Chamonix do Fryburga, a po powrocie z wyprawy zamieszkaliśmy w Paryżu, dzieląc salon z Sand i poznając u niej Chopina.

– Następne wakacje spędziliśmy we Włoszech nad jeziorem Como i w Mediolanie, a po przerwie związanej z urodzinami Cosimy udaliśmy się w podróż do Wenecji.

– Muszę przyznać, że już wtedy brakowało mi koncertów, zachwytów publiczności i ich aplauzu zastąpionego głośnym płaczem Cosimy. Uciekłem do Wiednia pod pretekstem zbierania funduszy na twój pomnik, zostawiając Marie na kilka miesięcy w Wenecji…

– Próbowałem jej to potem wynagrodzić, zabierając ją do Florencji, Pizy, Rzymu, w którym urodził się nasz syn Daniel. Odwiedziliśmy Tivoli, kilka miesięcy mieszkaliśmy niedaleko Lucci, a jesienią zamieszkaliśmy w San Rossore koło Pizy.

– Czas spędzony we Włoszech wspominam wspaniale. Podziwialiśmy obrazy Rafaela, rzeźby Michała Anioła, czytaliśmy Dantego i sonety Petrarki, słuchaliśmy pieśni weneckich gondolierów i tańczyliśmy tarantellę w Neapolu. Lubiłem takiego siebie!

– Do Marie dotarły jednak plotki o moich licznych przygodach miłosnych w Wiedniu i zrozpaczona wyjechała wraz z dziećmi do Paryża. Przez pierwsze dni mocno tego żałowałem, ale szybko zauważyłem jednak, że wokół mnie zrobiło się dużo ciszej…

– Gdy po kilku miesiącach Marie zapytała mnie w liście, czy też może być mi niewierna, z ulgą wyraziłem jej zgodę, czując jednocześnie opadające ze mnie samego trochę mnie uwierające łańcuchy skrupułów.

– Nadal się od czasu do czasu spotykaliśmy, przez kilka lat spędzaliśmy wspólne rodzinne wakacje w Nonnenwerth na wysepce na Renie, ale burze zdarzały się coraz rzadziej… a ja rzuciłem się w szaleńczy wir koncertów i kobiecych ramion…

– Czy dziś żałuję rozstania z Marie? Szczerze mówiąc absolutnie nie, choć wspomnienia trzech pierwszych wspólnych lat wciąż są dla mnie ważne, miłe i często do nich wracam. Ostatni tom swoich wspominkowych „Lat pielgrzymstwa” napisałem już jako staruszek, a bezpośrednim impulsem do powstania tych refleksyjnych utworów była informacja o śmierci Marie w 1876 roku.

Liszt usiadł przy nowym sprzęcie i wreszcie zaczęliśmy słuchać muzyki. Włączał kolejne wykonania, ale szybko zauważyłem, że nieustannie powraca do jednego z nich, traktując je jako coś w rodzaju wzorca. Dziwne było to, że nie było ono ani najgłośniejsze, ani najszybsze, ani najsprawniejsze z przesłuchiwanych przez nas wykonań. Przez znakomitą większość czasu było poetyckie, liryczne, emocjonalnie nasycone, wysublimowane, bardzo delikatne, choć burza, gdy nadchodziła, była dostatecznie groźna i pełna namiętnego grzmotu…

W grze bułgarskiego pianisty Juliana Gorusa usłyszałem Liszta wrażliwego i poetyckiego, emocjonalnie zróżnicowanego, malującego muzyczne wspomnienia pełną paletą cudnych barw, których największa nawet delikatność nigdy nie przeszkadzała w wirtuozerii tak charakterystycznej dla twórczości Franza.

Słuchając tych „Lat pielgrzymstwa” czekałem na każdy kolejny dźwięk jak na powiew wiatru, muśnięcie ust ukochanej, następną kartkę w księdze zawierającej życie… Dawno już nie słyszałem tak pięknej opowieści!

I gdzie tu miejsce na doznanie nieszczęścia? Po wielu godzinach słuchania muzyki z cudownego odtwarzacza i ze wspaniałych nowych słuchawek Liszt wyraźnie miał dosyć mojej obecności i chyba chciał odzyskać swój ukochany sprzęt, a ja… musiałem się pożegnać i wyjść…

Nie mam pretensji… też wolałbym być sam!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 410. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: