Minął już ponad tydzień od spotkania z Chopinem i bardzo byłem ciekaw, czy Fryderyk uczynił jakiś pojednawczy gest w stronę Schumanna, co przecież zapowiedział. Gdy więc zobaczyłem w ogrodzie Roberta, spacerującego z Felixem Mendelssohnem, postanowiłem rzecz sprawdzić u samego źródła.

Chciałem się dołączyć, lecz okazało się, że ich tempo spaceru jest dla mnie zbyt szybkie, a krzyczeć za nimi nie chciałem. Usiadłem na ławeczce, czekając, aż będą wracać.

Po dłuższej chwili zobaczyłem ich z oddali i miałem nieodparte wrażenie, że Robert na mój widok próbował namówić Felixa na skręt w boczną ścieżynkę, co spotkało się jednak z wyraźną dezaprobatą Mendelssohna.

– Witaj, mistrzu, jak samopoczucie? – przywitał mnie Felix, a i Robert coś tam mruknął pod nosem.

– Wszystko w porządku, tylko za szybko chodzicie jak dla mnie. Nie spotkaliście przypadkiem Chopina – odparłem, bacznie przyglądając się jednocześnie reakcji Roberta.

– Obgadujemy go dzisiaj tak intensywnie, że można powiedzieć, jakby był tu razem z nami – zaśmiał się Felix.

– Opowiadałem właśnie Robertowi o swojej żonie Cecylii, która tak uwielbiała Chopina, że czekała na każdą jego kompozycję jak na święto. Wiedziała oczywiście, że kilka razy się spotkaliśmy i nawet wspólnie graliśmy z Clarą i Robertem i wyobraziła sobie, że na pewno jesteśmy przyjaciółmi…

– Wszyscy o was tak myślą – wtrąciłem

– Poznałem Fryderyka w Paryżu, później spotkaliśmy się w Akwizgranie, graliśmy razem u Schadowa w Düsseldorfie, potem u Henriette Voigt w Lipsku, widzieliśmy się również we Frankfurcie i rzeczywiście kontakt między nami był bardzo miły i przyjazny, a „jego gra bardzo mnie zachwyciła”…

– Mnie też – odezwał się wreszcie Robert – gdy we wrześniu 1835 roku graliśmy wspólnie w Lipsku, to, choć głupio to przyznać, częściej spoglądałem na Fryderyka niż na Clarę…

– Fryderyk był znakomicie wychowany i umiał się zachować w towarzystwie, ale z własnej inicjatywy nie szukał kontaktu z żadnym z nas. Nie umiałem tego wytłumaczyć Cecylii.

– Doszło do tego, że dwa lata po ślubie z Cecylią napisałem trio fortepianowe, z którego byłem nawet dość dumny, a moja żona kręciła nosem i powtarzała w kółko: napisz do swego przyjaciela Fryderyka, może skomponował coś nowego…

– Byłem wręcz wściekły na Chopina, zazdrościłem mu atencji mojej żony. Nie umiałem jej powiedzieć, że Fryderyk nawet nie odpisuje na listy…

– O to, to, właśnie to – dopowiedział Schumann

– Wysłałem mu zaproszenie na festiwal muzyczny Dolnego Renu w Düsseldorfie. Ani nie odpisał, ani nie przyjechał. A może myślisz, że zrecenzował którąś z moich kompozycji? I żeby było jasne, wcale mi nie chodziło o to, żeby nazywał mnie „Mozartem XIX wieku”, jak zrobił to Robert w Neue Zeitschrift für Musik

Schumann wyraźnie poczerwieniał, ale już po chwili odezwał się dość zadziornym tonem:

– To było zaraz po opublikowaniu tria d-moll, które uznałem za „mistrzowskie trio naszych czasów”, porównując je do twojego „Arcyksiążęcego” i do „Ducha” – Schumann lekko pochylił przede mną głowę, jakby chciał tym gestem okazać mi szacunek.

– I co z tego skoro Cecylia i tak wolała cokolwiek Chopina – żachnął się Felix

– Pracowałem nad kolejnym trio i nie mogłem się do końca skupić, bo ona ciągle przychodziła do mnie, stukała mnie w ramię i pytała:

– Wysłałeś już list do Fryderyka?

– W końcu dla świętego spokoju napisałem: „Mój drogi Chopinie! W tym liście chciałbym Pana prosić o pewną grzeczność. Czy byłby Pan łaskaw, jako stary mój przyjaciel, napisać kilka taktów muzyki, zaznaczyć na dole, że napisał je Pan dla mojej żony (Cecylii M. B.) i przysłać mi je? Gdy spotkaliśmy się po raz ostatni we Frankfurcie, byłem wówczas zaręczony; od owego czasu za każdym razem, gdy chcę zrobić mej żonie wielką przyjemność, muszę jej zagrać coś z Pana muzyki; ma szczególne upodobanie do wszystkiego, co Pan skomponuje. Jest to więc nowy powód dla mnie (mimo że miałem ich dosyć, odkąd Pana poznałem), by zawsze być au courant tego, co Pan pisze, i by zajmować się o wiele więcej Panem i Jego dziełami, niż może nawet Pan sam się nimi zajmuje; z tego również powodu ufam, że zechce Pan wyświadczyć mi łaskę, o którą proszę, i wybaczy mi, że przez to powiększam liczbę natrętów, którzy Panu nie dają spokoju. Zawsze Panu bardzo oddany Feliks Mendelssohn-Bartholdy”.

– I co, i co – dopytywał Schumann

– Ano, przysłał Cecylii Mazurka As-dur op.59, ale żeby przy okazji zapytał, nad czym pracuję lub czy mógłbym mu coś dedykować? Zapomnij!

– O to, to, właśnie to – dopowiedział Schumann

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 424. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: