Co ja narobiłem? O ja nieszczęsny!

Mój poprzedni wpis o braku dostępu do Spotify sprawił tyle, że przed moimi drzwiami ustawiła się kolejka chcących mi śpiewać swoje utwory. Czy ja to przetrzymam?

Gdy jako pierwszy odwiedził mnie dziś rano Feliks Mendelssohn, nawet mi nie przyszło na myśl, że wyzwoliłem pospolite ruszenie wśród mieszkańców DNM-u, którzy licznie pospieszyli z pomocą.

Feliks zaczął rozmowę od nawiązania do tego, że wie, co mógł czuć Bach zaraz po ślubie z Anną Magdaleną, bo sam przeżył coś równie wspaniałego. Dla niego radosną inspiracją do tworzenia muzyki stał się ślub z Cécile Jeanrenaud. Pobrali się 26 marca 1837 roku, a już 10 kwietnia tego roku pisał do ukochanej siostry Fanny, że „jest teraz w dobrym nastroju do pracy” i kończy nowy kwartet smyczkowy, a niebawem zacznie kolejny.

Dobrze wiedziałem, że Feliks nie jest, wbrew pozorom, rozemocjonowanym romantykiem, lecz tkwi w nim mocno szlachetna tradycja klasycznego Bacha i klasycystycznych mistrzów Wiednia. Sam mnie przecież wielokrotnie zapewniał, że jestem dla niego wzorcem, zwłaszcza w zakresie tworzenia kwartetów.

Niewylewny romantyzm absolutnie nie wykluczał okazywania liryzmu. Gdy Feliks zaczął nucić swój kwartet napisany podczas miesiąca miodowego spędzonego we Fryburgu i w Szwarcwaldzie, bez wysiłku zobaczyłem go oczyma wyobraźni wtulonego w Cécile, która w ciszy głaskała jego bujną czuprynę.

Chyba nie tylko ja zobaczyłem ten widok, bo śpiewający Feliks wyraźnie był wzruszony. Jak mu wtedy zazdrościłem…

Feliks przestał nucić, obiema rękoma dotknął oczu, wykonując ruch, jakby poprawiał grzywkę i powiedział:

– Jeśli zechcesz mistrzu, to kiedyś zanucę ci też kwartet zainspirowany śmiercią miłości, ale to jeszcze nie dzisiaj. Dziś wspominam szczęśliwe chwile. Drugi z kwartetów ukończyłem w dzień poprzedzający urodziny naszego synka Carla…

– Napisałem w tamtym czasie trzy kwartety i bardzo chciałem podkreślić ich wyjątkowość, nadać im na przyszłość szlachetny poblask. Zdecydowałem, że wszystkie trzy zadedykuję następcy tronu Szwecji, co mogło im zapewnić wieczność. Zresztą lubiłem Oscara…

– Z przyszłym królem poznaliśmy się za pośrednictwem mojego przyjaciela Adolfa Fredrika Lindblada, z którym studiowaliśmy razem w Berlinie u Zeltera. Mój szwedzki przyjaciel po powrocie do swojej ojczyzny został nauczycielem muzyki księcia koronnego Oscara i królewskich dzieci: księcia Gustawa i księżnej Eugenii.

– Lindblad był mi bardzo wdzięczny za wykonanie jego pierwszej symfonii w moim lipskim Gewandhausie i sondował zgodę księcia Oscara na przyjęcie ode mnie poświęcenia sobie któregoś z utworów. Po jego zadowolonej aprobacie opublikowałem wszystkie trzy ostatnie kwartety już z książęcą dedykacją i ruszyłem na wyprawę do Szwecji, gdzie czekało już na mnie miejsce w Królewskiej Szwedzkiej Akademii Muzycznej.

– A Cécile nie miała ci za złe, że tak osobistą muzykę oddałeś w obce ręce? – spytałem niewinnie, bez prowokacyjnych podtekstów

– Może nawet by się i gniewała, ale na nią też czekały prezenty. Dostała komplet diamentowych pierścionków…

Klepnąłem zadumanego Feliksa po ramieniu, a on, jakby lekko zawstydzony, dokończył cichutko:

– Książę Oscar, późniejszy król Oscar I był postacią szlachetną i nietuzinkową. Podczas jego rządów wprowadzono w Szwecji reformę edukacji, ulgi dla osób ubogich, zapewniono wolność wyznaniową, nadano prawa kobietom, a nawet złagodzono warunki odbywania kar przez więźniów…

– Tak, tak, Feliksie, to wszystko rzeczywiście bardzo jest szlachetne. Powiedz mi jednak, czy pierścionki spodobały się żonie…?

INSPIRACJA WPISU: