Na setkach konkretnych przykładów obserwowanych w DNM-ie nauczyłem się, że prywatne sympatie lub animozje bardzo często wpływają na obiektywność ocen i dotyczyć to może nawet najwspanialszej muzyki.

Długo nie mogłem zrozumieć skrajnie negatywnych opinii wyrażanych przez Wagnera na temat Mendelssohna, dopóki zupełnie przypadkowo nie dowiedziałem się, w jakich nieparlamentarnych słowach Felix potraktował pierwszą młodzieńczą symfonię przyniesioną mu do oceny przez Wagnera. Wszystko stało się jasne!

Gruntownie wyedukowany Felix potrafił dokuczyć słowami jak mało kto. Wykorzystując swą erudycję, nadawał słowom wielorakie znaczenie, potrafiąc razić nimi z ogromną siłą, oczywiście pod warunkiem, że interlokutorzy nadążali za nim i byli w stanie zrozumieć dwuznaczność jego wypowiedzi.

Zupełnie odmiennie podchodził do rozumienia muzyki:

Ludzie narzekają często, że muzyka jest zbyt niejednoznaczna, że to, co myślą, gdy ją słyszą, jest często niejasne, podczas gdy wszyscy rozumieją słowa. Ja mam dokładnie na odwrót, i to nie tylko jeżeli chodzi o mowę w ogóle, ale nawet o poszczególne słowa, które wydają mi się tak wieloznaczne, tak niewyraźne, tak niezrozumiałe w porównaniu do prawdziwej muzyki, która napełnia duszę tysiącem rzeczy lepszych niż słowa. Myśli wyrażane przez muzykę, którą uwielbiam, nie wydają mi się zbyt nieokreślone, aby wyrazić je słowami, ale przeciwnie – zbyt określone”.

Pozostając wiernym życiowej dewizie swego znanego dziadka Mosesa Mendelssohna: „Szukać prawdy, kochać piękno, chcieć dobra, czynić najlepsze – to zadanie i cel człowieka” za najważniejszą cechę swojej muzyki uznawał jej piękno zauważalne przez słuchaczy już podczas pierwszego przesłuchania bez konieczności długotrwałych analiz doszukujących się wieloznacznych skojarzeń i uwarunkowań.

Najwspanialszym przykładem takiej muzyki wlewającej w duszę kaskady pięknych myśli bez potrzeby ubierania ich w słowa jest drugi koncert skrzypcowy Felixa. To najwyższy wymiar bezsłownej kontestacji piękna!

Nie mówię tych słów z prywatnej sympatii, choć miałbym ku temu powody.

Nauczyciel Felixa (Carl Zelter) próbował mu wpoić niechęć do mojej muzyki, a ten młodzik nie tylko nie poddał się tym sugestiom, ale na własną rękę studiował moje dzieła. Zuch chłopak!

Podczas pracy nad koncertem usłyszał od cenionego skrzypka Ferdinanda Davida, że „to będzie coś wspaniałego! Muzyki na skrzypce i orkiestrę jest mnóstwo, ale był tylko jeden wielki, naprawdę świetny koncert (Beethoven), a teraz będą dwa!” i skromnie i bez zadufania odpowiedział wtedy: „Nie konkuruję z Beethovenem”.

Przez chwilę przeleciała mi przez głowę niepokojąca myśl o możliwej wieloznaczności tych słów, ale postanowiłem nie drążyć tego tematu.

Brak zadufania u Mendelssohna przejawiał się również tym, że w poszukiwaniu absolutnego piękna gotowy był do przyjmowania pomocy, tam, gdzie spodziewał się, że sam nie w pełni je gwarantuje.

Ze swoim przyjacielem z młodości wymienił kilkanaście listów z prośbą o wskazówki dotyczące partii skrzypiec, a Ferdinand David, który miał być pierwszym wykonawcą koncertu, odpowiadał na nie na tyle skrupulatnie i szczegółowo, że po jednym z takich przejmujących inicjatywę listów skruszony Felix napisał: „Nie śmiej się z moich pytań… ja poruszam się po omacku”.

Jak na takiego „ślepca to przyznać muszę, że udało się Mendelssohnowi stworzyć koncert, który otworzył uszy i dusze milionom słuchaczy i to nawet pomimo tego, że hitlerowcy próbowali wyrzucić jego imię z historii muzyki. Nawet im pomnik w Lipsku przeszkadzał…

A przecież, jak to powiedział w swoje siedemdziesiąte piąte urodziny słynny skrzypek Joseph Joachim: „Niemcy mają cztery koncerty skrzypcowe. Największy, najbardziej bezkompromisowy jest Beethovena. Ten Brahmsa rywalizuje z nim poważnie. Najbogatszy, najbardziej uwodzicielski napisał Max Bruch. Ale najbardziej wewnętrzny, klejnot serca, należy do Mendelssohna”.

Myślę, że trzeba zaufać ocenie Joachima. W wieku 12 lat wykonał mój koncert w swoim londyńskim debiucie pod dyrekcją Mendelssohna, dokładając w pierwszej części własną kadencję (!), dwa lata później zagrał w Wiedniu koncert Mendelssohna, Bruch dedykował mu swój „Pierwszy, a w przypadku Brahmsa, który również dedykował Joachimowi swój koncert, spełnił taką samą funkcję „konsultanta jak David dla Felixa.

Niezależnie od tego, czyją zasługą są najpiękniejsze niemieckie skrzypcowe tryle, to przyznać muszę, że piękno koncertu Felixa jest zniewalające na tyle, że aż szkoda strzępić sobie język, by je opisywać. Niech muzyka mówi sama za siebie, właśnie tak, jak chciał tego Mendelssohn.

Zacząłem od Campoliego, ale pomimo ekstatycznego piękna jego gry długo nie mogłem się skupić. Co Felix, do diabła, miał na myśli, mówiąc, że nie konkuruje ze mną? Niepokoi mnie ta niejednoznaczność słów…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 476. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: