Wygląda na to, że liczba moich wrogów znowu się powiększy. Najpierw z samego rana powiedziałem Donizettiemu, że pominę jego „Don Pasquale’a”, a dosłownie przed chwilą identyczną informację przekazałem Verdiemu odnośnie do „Nabucco”. Obaj niby zaakceptowali moje wybory, ale szczęśliwi nie byli. Podobnie jak przedwczoraj Mendelssohn, Chopin i starszy ze Scarlattich…

Obłaskawienie Felixa, Fryderyka i Giuseppe ich następnymi pięknymi utworami będzie dziecinnie proste, ale w przypadku Domenico i Gaetano chyba już wszystkie możliwości wyczerpałem. No cóż, nie da się dogodzić wszystkim!

Wracając od Verdiego, minąłem się na korytarzu z licznym dworem Callas i ze zdumieniem zauważyłem, że najbliżej Marii dopuszczona została dzisiaj Greczynka Elena Souliotis. Czyżby szły do Giuseppe? Czyżbym przy „Nabucco” popełnił błąd, wybierając do pierwszego odsłuchu zbyt dla mnie hałaśliwą wersję pod Sinopolim z Geną Dimitrową, a później kiepskie dźwiękowo wykonanie pod Vittorio Gui z Marią Callas właśnie?

Bez zbędnego zastanawiania się zawróciłem i dołączyłem do grona sopranistek podążających za Marią i Eleną. Musiałem wyglądać przezabawnie… Przeczucie jednak mnie nie zawiodło. Szły do Verdiego…

Maria zapukała wprawdzie w drzwi Giuseppe, ale wcale nie zamierzała czekać na przyzwolenie i zdecydowanym ruchem nacisnęła klamkę. Sytuacja stała się niezręczna, gdy okazało się, że Verdi siedzi w intymnej bliskości ze swą drugą żoną Giuseppiną Strepponi, wspólnie przeglądając stare wycinki gazet z recenzjami mediolańskiej premiery „Nabucco”.

– Jest i winowajczyni – mało przyjaźnie zagaiła Callas, a wypowiedziana zaczepka tylko wzmogła moje zaciekawienie.

Od słowa do słowa okazało się, że Callas obwinia Strepponi o pogorszenie jakości głosu kilku młodych sopranistek wykonujących niezmiernie trudną partię Abigail, jako sztandarowy dowód na tę tezę przywołując przykład stojącej obok Eleny Souliotis, która po nadzwyczaj brawurowych występach w „Nabucco” już nigdy później nie dorównała podobno temu swojemu niepowtarzalnemu mistrzostwu pełnej entuzjazmu dwudziestodwulatki.

Słowa Callas wcale nie wyzwoliły złości u Verdiego i jego żony, a wręcz przeciwnie, wywołały u nich dobrotliwy uśmiech.

– Przeżyłem z moją Peppiną prawie pół ziemskiego wieku i wiele lat tu w DNM-ie, ale nikt dotychczas nie miał takich pretensji… – zaczął Giuseppe, ale zamilkł po słowach żony:

– Pozwól, że ja to powiem…

Verdi uśmiechnął się do żony jakby dla przyzwolenia, a Peppina łagodnie zaczęła swą opowieść:

– Poznałam Giuseppe w czasach dla niego niedobrych. Widziałam jego rozpacz po utracie dwójki maleńkich dzieci, byłam blisko, gdy cierpiał po śmierci pierwszej żony, wspierałam go po sromotnej porażce drugiej z zakontraktowanych oper buffo, której, sam będąc w okowach smutku, nie potrafił nadać komicznego charakteru i to ja nakłoniłam dyrektora „La Scali” Bartolomea Merelliego, z którym byłam wówczas w związku, by dał Giuseppe jeszcze jedną szansę…

– Okazja pojawiła się, gdy Otto Nicolai odmówił napisania opery do mało trzymającego się historycznych faktów libretta o babilońskim królu Nabuchodonozorze II. W „La Scali” wystawiono już wcześniej balet do tego libretta i były gotowe dekoracje, które chciano wykorzystać również w operze. Wspólnie z Merellim ustaliliśmy, że damy szansę Verdiemu.

– Miałam wtedy 26, może 27 lat i byłam w korzystnym związku z Merellim, ale mimo tego coś mnie jednak urzekło w przyszłym mężu. Może to, że tak ładnie cierpiał? Zaproponowałam pomoc w stworzeniu partii Abigail i tak bardzo starałam się mu zaimponować, że Giuseppe niejeden raz wybałuszał oczy ze zdumienia i pytał z niepokojem czy na pewno jestem pewna…

Maria Callas chciała wejść w słowo Giuseppinie, ale Verdi powstrzymał ją, przytykając w wymownym geście palec do ust. Zaskoczona tym, że ktoś śmie ją uciszać, zastygła w ciszy.

– Wiele razy odtwarzałam partię Abigail i jako królewska córka dawałam z siebie wszystko, a i tak wszyscy przychodzili do opery przede wszystkim, by wysłuchać tego chóru hebrajskich niewolników w Egipcie śpiewających: „Va, pensiero, sull’ali dorate”.

– I choć wiedziałam, że z czasem ta przemycona przed austriacką cenzurą aria chóru o myśli lecącej na złotych skrzydłach ku wspomnieniu piękna utraconej ojczyzny stała się nieformalnym hymnem Włoch dążących do wyzwolenia spod okupacji, to ja tę przepiękną arię po prostu znienawidziłam…

– Parą staliśmy się dopiero siedem lat później. Wtedy nie mogłam już profesjonalnie śpiewać, bo jako Abigail w „Nabucco” całkowicie zdarłam głos… Małżeństwem zostaliśmy kolejne dziesięć lat później…

– Wtedy miałem już pewność, że mi nie nagada – uśmiechnął się Verdi i czule przytulił Peppinę…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 465. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: