Tak, jak co roku stałem przy bramie wejściowej i cierpliwie czekałem na Hildegardę wizytującą nasz Dom Nieśmiertelnego Muzyka. Z doświadczenia wiedziałem, że pojawi się równo z pierwszym oświetlającym bramę wejściową promieniem słońca. Nigdy dotychczas nie spóźniła się ani sekundy. Chciałem ją przywitać osobiście, bo od wielu lat czuję do niej niczym niewytłumaczalną sympatię.

Gdyby nie to, że jest matką — założycielką naszego DNM-u to pewnie nigdy bym jej nie poznał i wielce bym tego żałował, bo była to kobieta niezwykła. Najlepszym tego dowodem jest właśnie DNM. Załatwiła jego powstanie tak, jak załatwiała większość spraw za życia — powiedziała, że miała wizję i że powstania DNM-u życzy sobie sam Bóg. Z takim dictum nikt nie mógł dyskutować.

Zgodnie z regulaminem naszej nekropolii, gości, w tym wizytatorów, nie witało zwyczajowe Alleluja zwiastujące nowych mieszkańców DNM-u, a jedynie dźwięk klasztornej kołatki. Niektórzy mówią, że było to specjalne życzenie Hildegardy mające jej przypominać ziemskie losy…

Równo z nastaniem brzasku dnia w otwartych na całą szerokość drzwiach bramy stanęła Hildegarda z towarzyszącą jej nieodłącznie Richardis.

— Witaj matko-założycielko — powiedziałem do Hildegardy, śmiejąc się do niej przyjaźnie…

— Tyle razy cię prosiłam Ludwiku, żebyś tak do mnie nie mówił – odrzekła udając rozgniewanie, ale ja wiedziałem, że tym przywitaniem, nawiązującym do jej wieloletniej funkcji klasztornej matki przełożonej, sprawiłem jej radość.

— Witajcie w DNM-ie – powiedziałem, obejmując Hildegardę, czym wzbudziłem lekkie oburzenie jej towarzyszki.

— A może wreszcie pozostaniesz z nami na stałe. Dzięki twoim wspaniałym pieśniom masz absolutne prawo do zamieszkania u nas. Miałby wreszcie kto poprowadzić żeński chór…

— Wiesz dobrze Ludwiku, że Richardis nie mogłaby tutaj zostać, a bez niej czułabym się nieszczęśliwa, choć z drugiej strony żal mi tego, że możecie tu słuchać muzyki, a ja nie. Czy wiesz Ludwiku, że u nas wciąż nie ma fizycznych możliwości zainstalowania Nekronetu, i to pomimo tego, że poruszyłam już i niebo i piekło, odwiedzając tam wszystkich papieży…

— Mam nadzieję, że tym razem zostaniesz u nas trochę dłużej, przynajmniej ze dwa tygodnie. Mam przygotowane dla ciebie kilkadziesiąt płyt z nowymi nagraniami twoich pieśni. Zdziwisz się, jak głośno zrobiło się na ziemi o twojej muzyce od czasu, gdy rozpoczął się twój proces beatyfikacyjny…

— Próbowałam to powstrzymać, ale uparli się, że skoro rządziłam dwoma papieżami i przez jakiś czas nawet całym kościołem, to muszę być błogosławiona, a może nawet i święta, i to pomimo…

Nie dokończyła tylko odwróciła się w stronę Richardis i przesłała jej promienny uśmiech.

— Chodźcie — powiedziałem — od dziś zaczynam odnawiać swoją pamięć o muzyce klasycznej i cierpliwie czekałem na twoje przybycie, aby tworzenie cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu” (tak go sobie nazwałem) zacząć od wspaniałej płyty „Canticles of Ecstasy” śpiewanej przez zespół „Sequentia”, założony specjalnie dla wykonywania twoich pieśni. Zapraszam…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 1. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: