Oberwało mi się srogo za napisane ostatnio zdanie o schyłku świetności Londynu. Anglicy zebrali się jak karne wojsko i przyszli do mnie z pretensjami, że pogląd o zapaści brytyjskiej stolicy jest w sferze kultury, a zwłaszcza muzyki, absolutnie niesprawiedliwy i nieuzasadniony.

Benjamin Britten, Edward Elgar, Arnold Bax, John Ireland, Frederic Delius, Michael Tippett, Gustav Holst, William Walton, Nicholas Maw, Oliver Knussen, Granville Bantock, Ernest Moeran, Constant Lambert i Peter Maxwell Davies przekrzykiwali się jeden przez drugiego, od czasu do czasu wskazując na Ralpha Vaughan Williamsa jako na sprawcę całego zamieszania.

Dopiero podejście do rozemocjonowanych Brytyjczyków Purcella i Haendla uspokoiło nieco sytuację, a gdy Purcell zdecydował się zabrać głos, wszyscy pozostali zamilkli na znak dżentelmeńskiego szacunku.

Henry podszedł do Brittena, położył mu dłoń na ramieniu, jakby pasował go na lidera grupki i powiedział:

– Po twojej śmierci Benjaminie wielu próbowało objąć sukcesję po tobie i kolejni próbują aż do dzisiaj, czego najlepszym przykładem jest Thomas Adès, ale prawdę powiedziawszy, efekt tego nie jest nadzwyczajny.

Wśród zebranych rozległ się dość głośny szmer niezadowolenia, ale Purcell kontynuował, jakby tego nie słyszał:

– Od wieków Londyn zapewniał nam muzykom wszystko, co było niezbędne do rozwoju: pieniądze, orkiestry, sale koncertowe, opery i nadzwyczajną publiczność, a mimo tego rodzimych arcydzieł na miarę Beethovena, Schuberta, Chopina, Mahlera czy też chociażby Szostakowicza nigdy się nie doczekaliśmy.

– Z racji swojej historii Londyn od zarania dziejów był tyglem kulturowym. Założony przez Rzymian jako Londinium zapełnił się poddanymi Imperium Rzymskiego, którzy z pierwotnego drewnianego fortu szybko uczynili miasto prężne, bogate, dbające o każdy aspekt życia mieszkańców.

– Gdy w roku 382 cesarz Magnus Maksymus wyprowadził większość rzymskich żołnierzy z Brytanii, miasto opustoszało i szybko popadło w ruinę. Dopiero Edward Wyznawca w połowie XI wieku przywrócił Londynowi status stolicy, rozpoczynając etap intensywnego rozwoju i rozbudowy. Przejściowe przeniesienie stolicy do Winchesteru znowu odebrało Londynowi splendor, a epidemia dżumy i rozległy pożar w 1666 roku wydawały się równać z ostatecznym upadkiem miasta.

– Podjęta w połowie XVIII wieku decyzja o odbudowie uczyniła z Londynu największe miasto ówczesnej Europy, w którym równie liczne były siedziby banków, instytucji i przedsiębiorstw, jak i teatry, filharmonie, opery i muzea.

– Intensywne dzikie bombardowania Londynu podczas obu dwudziestowiecznych wojen światowych zniszczyły większość materii tego miasta, ale nie pozbawiły go kosmopolitycznego charakteru i specyficznego ducha. Londyn wciąż pozostał azylem dla europejskiej i światowej kultury, w tym oczywiście muzyki.

– Azyl to zaiste dziwny. Jego różnorodność kształtowana wiekami napływów wydaje się wręcz szaleńcza – Purcell wyraźnie się rozkręcał.

– Rzymianie w pierwszych pięciu wiekach naszej ery, a później najazdy germańskie, Wikingów, Duńczyków i Normandów pozostawiły w całej Brytanii wielokulturowy nalot.

– Ekspansja terytorialna Anglii, a następnie okres dominacji na morzach i czasy kolonialnej potęgi Imperium Brytyjskiego za rządów królowej Wiktorii uczyniły z przyszłego Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii najbogatsze państwo świata i tak kolorowe, jak ubarwić je potrafiła każda posiadana na różnych kontynentach kolonia.

– Ta różnobarwność widoczna jest do dziś również w kulturze i w tym wielogłowym tyglu rodowici Brytyjczycy wcale nie grają pierwszych skrzypiec.

– Cały muzyczny świat odnalazł w Londynie swoją bezpieczną przystań, kulturowy azyl, a to, że prezentowana w nim różnorodność nabiera czasami „szaleńczych” odruchów widać niekiedy na koncertach Promsów.

Purcell zamilkł na chwilę, ale wyraźnie nie zakończył jeszcze swojego wywodu. Po chwili odstąpił od Brittena i zbliżył się do Haendla:

– Czy potwierdzisz to, że znalazłeś w Londynie swój bezpieczny azyl?

Haendel uśmiechnął się szeroko, kiwnął potakująco głową i powiedział:

– Niedawno temu, przy okazji jednej z kompozycji wspomnianego wcześniej Thomasa Adèsa – kolejnego potencjalnego współczesnego następcy Brittena – nazwanej z łacińskiego „Asyla”, co oznaczać ma liczbę mnogą od słowa azyl, ktoś zbudował tezę, że tymi ostatnimi miejscami odosobnienia w dzisiejszych zwariowanych czasach są sale koncertowe…

– Ten ktoś chyba nigdy nie był na Promsach – odezwał się rozbawionym tonem Purcell – Ja zresztą najlepiej z was znam łacinę i muszę wam powiedzieć, że „asyla” może oznaczać również domy wariatów…

Jak było do przewidzenia, roześmiał się tylko Haendel…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 422. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: