Przez kilka dni nie miałem najmniejszej ochoty zaglądania do kroniki. Znowu dotarło do mnie, że większość współmieszkańców Domu Nieśmiertelnego Muzyka szuka ze mną kontaktu niemalże wyłącznie wtedy, gdy chcą coś u mnie załatwić. Na dodatek obrażają się na mnie, gdy odmawiam spełnienia ich oczekiwań.

Jak dotąd nie napisałem ani jednego wpisu o muzyce, której bym nie polubił lub nawet nie pokochał i uwierzcie mi: wielu sobie narobiłem wrogów w DNM-ie. Może kiedyś więcej o nich opowiem, ale dziś nawet na to nie mam ochoty…

To demobilizujące uczucie apatii pojawia się we mnie nie po raz pierwszy i może jest to już ten właściwy czas, by podjąć decyzję o zakończeniu kroniki i czerpać przyjemność z ukochanej muzyki tylko sam dla siebie? Choć tak naprawdę to i tak jestem przecież prawie sam!

Dotychczas w podobnych stanach wystarczała mi wizyta u Bacha i rozmowa z nim, wspólne słuchanie muzyki, a później wspólne konstruktywne milczenie podbudowywały mnie na kolejne tygodnie intensywnej pracy. A dzisiaj nawet tego mi się nie chce…

A może jednak pójdę???

Samo dopuszczenie do siebie tej ożywczej myśli wyzwoliło we mnie radosny przypływ energii. Ubrałem się szybko, choć dość niechlujnie, w korytarzu potrąciłem Mendelssohna stojącego pod drzwiami Fryderyka i nawet go nie przepraszając, gnałem do Bacha. Jeszcze po drodze mignął mi w pobliżu Percy Grainger, ale nawet nie odpowiedziałem na jego powitalne gesty. Tak bardzo chciałem już być u swojego mistrza na zbawczej kozetce, tak bardzo chciałem wrócić…

Zamknięte drzwi w pokoju Bacha były jak cios prosto w serce…

– Jest u Händla – usłyszałem spokojny głos Graingera – podobno Händel ma jakieś załamanie nerwowe…

Żeby ten Percy wiedział, jaką ulgę przyniosły mi jego słowa. A więc to nie tylko ja!

Stojąc pod drzwiami Georga Friedricha, usłyszałem coś, co prawie powstrzymało mnie przed zapukaniem w drzwi. Ten słyszalny ze środka rechot mógł należeć tylko do jednej osoby w DNM-ie. No cóż, nikt nie mówił, że ma być miło. Zapukałem…

Nie mogłem się mylić… Drzwi otworzył mi Mozart. Pewnie znów będzie do mnie mówił: Ludwisiu. Nie wiem, czy dzisiaj to zniosę… Ja nawet bez depresji jestem wystarczająco drażliwy…

Händel siedział w fotelu, a nad nim pochylał się Bach, cały czas mówiąc.

– Szkoda, że nie przyszedłeś wcześniej, Ludwi… – czyżby Wolfi wyczuł mój nastrój, nie kończąc Ludwisia? – Johann Sebastian właśnie przypominał nam, jak to Händel pojedynkował się z Johannem Matthesonem o to, kto ma dyrygować w hamburskiej operze, broniąc się przed szpadą grubą partyturą jednej z oper Matthesona, a już w Londynie o mało co nie wyrzucił przez okno fałszującej sopranistki Francesci Cuzzoni.

– To były prawdziwe emocje, nie to, co dzisiaj – odezwał się Händel.

– Gdy Anglikom znudziły się włoskie opery obśmiane zresztą niemiłosiernie w „Operze żebraczej” Johna Gaya wydawało mi się, że mój czas na Wyspach dobiega końca. Naprawdę chciałem wrócić na kontynent. O moich operach mówiło się już tylko wtedy, gdy na scenie pobiły się solistki, w czym prym wiodła znowu Cuzzoni. Jednak mogłem ją wyrzucić przez to okno…

– Spróbowałem jeszcze swych sił na koncertach w Dublinie, dokąd zaprosił mnie Lord Namiestnik Irlandii William Cavendish… i okazało się, że poza Londynem wciąż mnie szanują i cenią. Do tego stopnia byłem tym poruszony, że zrewanżowałem się Irlandczykom wykonaniem nowego oratorium ku rozpaczy mojego librecisty Charlesa Jennensa, który oczekiwał, że będzie to najlepsze z moich dzieł, którego premiera pozwoli mi odzyskać uwielbienie Londynu.

– Na oratorium o oczekiwaniu ludzkości na Mesjasza, o jego chwalebnym przybyciu do ludzi i o jego ziemskich dokonaniach miałem według Jennensa przeznaczyć cały rok pracy, a… stworzyłem je w 24 dni i noce, podczas których po napisaniu „Alleluja” wydawało mi się, „że widziałem przed sobą całe Niebo i samego wielkiego Boga”.

– Po nieoficjalnej próbie „Mesjasza” Dublin oszalał z zachwytu. A gdy jeszcze zapowiedziano, że premiera będzie miała charytatywny cel uwolnienia z więzienia 142 osób uwięzionych za długi, zainteresowanie spektaklem sięgnęło zenitu.

– Przed koncertem prasa publikowała apele do kobiet, by zrezygnowały z obręczy w sukniach oraz do mężczyzn, by pozostawili w domach swe miecze, co pozwoliło na wpuszczenie do sali o całe sto osób więcej, choć i tak kilkaset pozostało na ulicy. Czułem się, jak kiedyś w Londynie…

– Nasycony sukcesem wróciłem do stolicy, przetrzymałem wymówki Jennensa, ufny w powtórzenie irlandzkiego triumfu przygotowałem londyńskie wystawienie „Mesjasza” i… znów wpadłem w depresję…

– Okazało się, że ważniejsze od muzyki stały się zarzuty, że o zbawcy ludzkości śpiewają w obskurnym teatrze (a nie w kościele) aktoreczki podejrzanej konduity i, zgodnie ze słowami biskupa Londynu, „zwykli komedianci” (a nie diakoni).

– Przez następne dziesięć lat jeszcze dwa razy próbowałem wystawić w Londynie „Mesjasza” ale sukcesu z Dublina nie powtórzyłem. Dopiero myśl, by ponownie powiązać spektakl z charytatywnym celem, okazała się zbawienna.

– Na północnym krańcu Londynu na terenie dzisiejszego Bloomsbury finalizowano właśnie budowę dużego budynku dla nowej organizacji charytatywnej mającej na celu opiekę nad porzuconymi niemowlętami do drugiego miesiąca życia. Byłem w to przedsięwzięcie zaangażowany i sfinansowałem nawet organy do szpitalnej kaplicy.

– O tym, jak ważny stał się Foundling Hospital dla mieszkańców miasta świadczyć może to, że przez pierwsze dziesięć lat istnienia zostawiono pod jego ścianami ponad 15 000 niemowląt!!! Dwie trzecie z nich nie dożyło wieku młodzieńczego. Bardzo mnie to przejmowało i wzruszało. Wiecie, że jestem wrażliwy!

– Podczas koncertu we wciąż nieukończonej kaplicy szpitala postanowiłem odegrać między innymi „Alleluja” z „Mesjasza” i dałem prawo do traktowania go jako nieoficjalnego hymnu ośrodka. Zebraliśmy mnóstwo pieniędzy, a ja z dnia na dzień znów stałem się w Londynie słynny i szanowany. Żeby tak pozostało, co roku aż do swojej śmierci uczestniczyłem w kolejnych charytatywnych koncertach na rzecz szpitala.

Od następnego roku na każdym koncercie towarzyszącym zbiórce pieniędzy grane było już całe oratorium. Byłem jak Mesjasz… Pieniędzy zbieraliśmy tak dużo, że w 1756 roku Izba Gmin wyraziła zgodę, by do przytułku można było przyjmować już dzieci nawet do dwunastego miesiąca życia.

– Nie znałem cię od tej strony – mruknął spoważniały nagle Mozart.

– Trochę mi z tej charytatywności jednak w kieszeni zostawało – uśmiechnął się Händel.

– A może byśmy tak posłuchali tego „Mesjasza” i wspólnie wybrali najlepsze wykonanie – chciałem wrócić do muzyki, odkładając na bok jej komercyjny wymiar. Reakcji absolutnie jednak nie przewidziałem…

Händel i Bach podtrzymywali brzuchy ze śmiechu, co zwłaszcza mocno otyłemu Händlowi przychodziło z ogromnym trudem, a Mozart aż przysiadł na podłodze i dopiero po dłuższej chwili wykrztusił z siebie:

– A masz tydzień wolnego?

Szybko uświadomiłem sobie swoją gafę. Sam Händel stworzył wiele wersji, niemalże na każdy występ inną, wszyscy w Anglii śpiewają „Mesjasza” tak, jak chcą, co doprowadziło nawet do tego, że utwór napisany dla około 2o śpiewaków potrafił być wykonywany przez 3 000 chórzystów, a jeszcze na dodatek przecież Mozart stworzył własną orkiestrację, dodając sporo dętych… A mimo tego odpowiedziałem:

– Owszem, mam! Nie ma dla mnie lepiej spędzonego czasu niż słuchanie tak pięknej muzyki. Zaczynajmy…

Ulżyło mi. Wróciłem! Ciekawe na jak długo?

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 475. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: