Chciałem być miły i podziękować Graingerowi za niedawną pomoc w odszukaniu Bacha, ale pomimo wielu prób nie znalazłem utworu, który z czystym sumieniem mógłbym opisać w kronice. Najbliżej było mi do suity „In a Nutshell”, ale mimo wszystko czegoś mi jednak brakowało do pełnego samoprzekonania.

Przez chwilę przeszła mi nawet myśl podająca w wątpliwość decyzję komisji przyznającej mu nie za mojej kadencji prawo do zamieszkania w Domu Nieśmiertelnego Muzyka. Wiem, wiem, nieładnie… Dlaczego jednak to właśnie on dostąpił zaszczytu wizyty u Chopina? Przecież nawet Mendelssohn czekał na korytarzu na chwilę, gdy Percy opuści pokój Fryderyka…

Zagadka rozwiązała się sama, gdy podczas kolacji podsłuchałem (oczywiście zupełnie niechcący) rozmowę Rachmaninowa z Józefem Hofmannem, podczas której Siergiej nie ustawał w zachwytach nad wykonaniem przez Hofmanna sonaty h-moll Chopina, stwierdzając nawet, że po wysłuchaniu gry Józefa usunął tę sonatę ze swego repertuaru, nie potrafiąc oddać jej charakteru tak, jak czynił to naturalizowany w Ameryce Polak.

I wtedy usłyszałem Hofmanna mówiącego głosem, w którym na pewno słychać było dumę i zadowolenie z wybrzmiałych przed chwilą słów Sierioży:

– A słyszałeś Percy’ego Graingera? Nagrał tę sonatę prawie sto lat temu, ale do dziś dla wielu jego wykonanie może stanowić dobry punkt odniesienia. Obaj powinniśmy mu się ukłonić!

Przez chwilę myślałem jeszcze o słowach Józefa, ale szybko myśli te zostały wyparte refleksją, że właśnie dzisiaj może mieć miejsce moje pożegnanie z Chopinem w kronice i trochę zrobiło mi się smutnawo.

Sonatę h-moll Fryderyk napisał na pięć lat przed swoją śmiercią i była to chyba ostatnia jego znacząca wielkoformatowa kompozycja. Ba, to był też ostatni chyba rok, w którym był szczęśliwy…

Co prawda w maju 1844 roku zmarł ojciec Fryderyka, wywołując u niego głęboką depresję, dodatkowo zwielokrotnioną faktem, że o zgonie swego taty dowiedział się dopiero trzy tygodnie po tym smutnym zdarzeniu.

Jedna z sióstr Chopina (Justyna) próbowała wydobyć brata z depresji przypominaniem mu o obowiązku opieki nad owdowiałą matką, co jeszcze bardziej pogrążyło Fryderyka, ale za to druga siostra (Ludmiła) przyjechała do Paryża ze swym mężem Kalasantym Jędrzejewiczem, uszczęśliwiając brata, który zabrał ich nawet do Nohant, do George Sand. To wtedy i tam zaczął tworzyć tę cudną sonatę…

Z czasem siostra wyjechała, zdrowie Fryderyka nieustannie się pogarszało, a George opiekowała się nim coraz mniej troskliwie…

Sonatę h-moll ukończył wczesną jesienią i przy całym romantyzmie zawartych w niej tematów można się nieźle zagubić w prawdziwych intencjach ukrytych w tej niezwykłej muzyce. Jej siła ukryta w ostatniej części jest tak potężna, że skłoniła Jarosława Iwaszkiewicza do stwierdzenia, że finałowe Presto non tanto zwiastuje wagnerowskie cwałowanie Walkirii.

Coś jest w tym na rzeczy, co dobitnie ukazują wykonania Cortota, Lipattiego, czy też wspomnianego na początku Percy’ego Graingera. A przy tym wspaniałe jest to, jak cudnie ta potęga wyrasta z romantycznego Largo. Coś intrygująco pięknego!

Relacje z George Sand ulegały systematycznemu pogorszeniu równolegle do coraz gorszego stanu zdrowia, co ewidentnie przekładało się na ilość i jakość muzyki skomponowanej przez Chopina. Kilka mazurków, dwa nokturny, trzy walce, barkarola Fis-dur, sonata na wiolonczelę i fortepian oraz polonez-fantazja As-dur to chyba cały dorobek ostatnich pięciu lat jego życia.

Rozstanie z Sand po dziewięciu latach przyjaźni, z których przez ostatnie siedem George żyła z Fryderykiem „jak dziewica” stawało się dla obojga coraz bardziej oczywiste. Chopin oskarżał ją, że zniszczyła go swym „brakiem czułości”, a mało orientujący się w ich wzajemnych relacjach postronni obserwatorzy oskarżali Sand o wyniszczenie Chopina „gwałtowną zmysłowością”.

Diagnozy lekarskie nie pozostawiały wątpliwości co do śmiertelnego zagrożenia dla życia Fryderyka, z czego i on i George w pełni zdawali sobie sprawę. W listach Sand pisała o swej przyszłości w dość czarnych barwach: „muszę jeszcze zamknąć mu oczy...”, choć tak naprawdę to już od kilku lat „żyłam z człowiekiem martwym”, a po rozstaniu wyznała z ulgą: „Jak uciążliwe więzy uległy zerwaniu. […] Bogu dzięki, to nie ja go zabiję i mogę wreszcie rozpocząć nowe życie”.

I pomyśleć, że to ja czasami narzekam na swój los. Chyba przestanę się dziwić, że Chopin nie dąży do spotkań z licznymi ciekawskimi, którzy nieustannymi pytaniami rozdrapują rany… I im, i mnie w zupełności wystarczyć powinna boska muzyka Fryderyka!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 477. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: