No i zrobiło się nieprzyjemnie. Ledwo co usiadłem przy swoim stoliku, wyczekując dyżurnego kelnera, a zamiast niego doczekałem się Brahmsa, który przechodząc obok mnie, nawet się nie przywitał, tylko wymownym gestem postukał się palcem po czole.

Już chciałem mu odpukać po swojemu, ale wyzwolona chwila refleksji powstrzymała mnie od reakcji. Może rzeczywiście ojcem ostatniego syna Clary jest Robert? Gdyby miał być nim Johannes, to musieliby się z Clarą rzucić na siebie już przy pierwszym spotkaniu we wrześniu 1853 roku. Hmm, mało prawdopodobne…, choć…, pamiętając o jej wpisie w dzienniku po pierwszym spotkaniu z Brahmsem, to niczego wykluczyć nie można. Jak to było? „To naprawdę wzruszające widzieć tego mężczyznę przy fortepianie, patrzeć na jego atrakcyjną młodą twarz, która rozjaśnia się podczas gry…

A poza tym przecież to nie ja, lecz Brahms pisał do Clary jeszcze za życia Roberta: „Moja ukochana Claro, chciałbym i mógłbym do Ciebie pieszczotliwie pisać, jak Cię kocham […]. Jesteś mi tak nieskończenie droga, że nie umiem tego powiedzieć. Chciałbym Cię ciągle nazywać kochaniem i wszystkim możliwym, nie stając się sytym, schlebiać Tobie. […] Twoje listy są dla mnie jak pocałunki”.

Szczerze powiem, że czasami wolałbym nie znać osobistych losów twórców muzyki, której słucham, choć, z drugiej strony, znajomość ich przeżyć z czasów komponowania konkretnego utworu może być niezwykle cenna dla zrozumienia intencji i podłoża powstania akurat takiej, a nie innej muzyki.

Powinienem skupić się dzisiaj na pierwszej ukończonej przez Schumanna symfonii, a wciąż myślę o tym, czy Clara pogodzi się z Robertem. Chyba nie tylko ja myślę o tym, bo podsłuchując wiele stołówkowych rozmów o Schumannach, wciąż bezwolnie wracam do myślenia o ich dawnych dziejach i o przyszłych losach.

Jak miałbym przejść do porządku dziennego nad zdaniem usłyszanym przy stoliku Liszta, że Clara była tylko poprawną pianistką i słabo wykształconym muzykiem, a przede wszystkim kompozytorką absolutnie niedorównującą talentem Robertowi i jej rola w kształtowaniu twórczości i w budowaniu kariery męża jest bardzo mocno przesadzona.

Biorąc jednak pod uwagę to, że Clara nie ceniła kompozycji Liszta, nie chciała ich wykonywać, a samego Ferenca nie lubiła i wręcz się go bała, co w ostateczności doprowadziło do zerwania relacji między Robertem i Lisztem, muszę bardzo ostrożnie oceniać tezy stawiane przez otoczenie Węgra i przez niego samego.

Z drugiej strony może być w tym coś prawdziwego, bo choć powszechnie przyjmuje się, że to wpływ Clary na męża spowodował odstawienie przez niego kompozycji fortepianowych i pieśni na rzecz dzieł orkiestrowych, to chyba jest w tym dużo przesady.

Owszem, Clara dwukrotnie zapisała w swoim dzienniku i w liście do Roberta oczekiwanie, że uda się jej pokierować jego talentem i że dzięki niej będzie się on rozwijał i komponował dzieła wielkie, ale tak naprawdę wcale nie musiała tego robić, by zmotywować Roberta. Była jeszcze dziewczęciem, gdy Schumann mówił jej ojcu: „Jestem tak napędzany i pobudzany, że moje symfonie mogłyby już osiągnąć opus 100, gdybym tylko je spisał. Czasami jestem tak pełen muzyki i tak przepełniony melodiami, że z tego przesytu nie mogę nic napisać”.

Katalizatorem wcale nie była Clara, a raczej uwielbiany przez Roberta Schubert, po którego śmierci młodziutki Schumann przepłakał całą noc, a po kilku latach postanowił odwiedzić rodzinę wielbionego mistrza, co w 1838 roku zaowocowało odnalezieniem w Wiedniu u brata Schuberta – Ferdynanda nieznanej jeszcze partytury wielkiej symfonii C-dur.

Otworzyło mi to wszystkie ideały mojego życia… To najwspanialsze dzieło instrumentalne, jakie napisano od czasów Beethovena… To ponownie zachęciło mnie do podjęcia próby symfonii” – napisał.

Szczęśliwie się złożyło, że Felix Mendelssohn – przyjaciel Roberta i Clary – był już wówczas dyrektorem lipskiego Gewandhausu i zapoznając się na prośbę Schumanna z dziełem Schuberta, chętnie je wykonał w marcu 1839.

Zainteresowany Schumann uczestniczył w kilku próbach, o czym napisał do przyszłej żony: „Och, Claro, byłem dzisiaj w raju! Na próbie zagrali symfonię Franza Schuberta. Byłem niezwykle szczęśliwy i nie miałem żadnych innych życzeń poza tym, że będziesz moją żoną i że ja sam mógłbym pisać takie symfonie”.

Schumann zauroczony swoim odkryciem intensywnie kontynuował naukę kompozycji między innymi dzięki studiowaniu partytur moich symfonii, a gdy uznał, że jest gotowy, to szkic swojej napisał w ciągu czterech dni i nocy stycznia 1841! Pełna orkiestracja symfonii potrwała do 20 lutego, a Robert chętnie korzystał z rad i pomocy Mendelssohna, Clary w zasadzie nie dopuszczając do głosu.

Mendelssohn, choć początkowo zrażony orkiestrowym dyletanctwem Roberta, szybko przyjął wobec niego postawę mentora, a później zgodził się na premierę współorkiestrowanej symfonii w Gewandhausie pod swoim przewodnictwem.

W symfonii Schumanna budziło się nowe. Niby była to wiosna, bo sugerowała to i Clara w swoim pamiętniku, i sam Schumann w liście do Wilhelma Tauberta, i w pierwotnie zapisanych nazwach części: „Początek wiosny”, „Wieczór”, „Wesoła zabawa” i „Wiosna w kwiatach”, ale tak naprawdę, to tą symfonią to Robert budził się do nowego etapu swojego kompozytorskiego życia… Clara wolała pewnie myśleć, że tym nowym etapem w życiu Roberta jest osiągnięte wreszcie małżeńskie szczęście…

Zresztą, kto wie? Początki, jak to wiosna, naprawdę były sielankowe i kwitnące.

Zaraz po ślubie zamieszkali na Inselstrasse i prowadzili dom otwarty, w którym gościli muzycy, filozofowie i literaci, a Clara dumnie sprawowała honory pani domu. Razem z Robertem opublikowali nawet „Dwanaście pieśni z Rückerta Liebesfrühling do śpiewu i na fortepian”, nie podając przy tym autorstwa poszczególnych pieśni dla podkreślenia wspólnoty wydanego dzieła.

Z czasem gra Clary na fortepianie na tyle przeszkadzała Robertowi w komponowaniu, że zażądał od żony drastycznego ograniczenia jej aktywności, rekompensując jej tę stratę dopuszczeniem Clary do wspólnego studiowania partytur i zgodą na krytykowanie jego nowych dzieł. Łaskawy pan!

Dopiero kłopoty finansowe rodziny sprawiły, że w styczniu 1844 Clara ponownie ruszyła w trasę koncertową. Robert był jedynie osobą towarzyszącą i musiał przełknąć gorycz zawodu, gdy po występie w Rosji Clara została zaproszona na prywatną audiencję u cara, a on nie. To wtedy padły słowa, że jest on tylko małżonkiem swej słynnej żony. Boleć bolało, ale 6000 talarów za sam koncert w Sankt Petersburgu skutecznie ból łagodziło…

Wyobrażenie sobie tej sceny przypomniało mi opowieści o Krzysztofie Pendereckim i jego żonie. Niby mnóstwo podobieństw, ale i przyczyna, i skutek całkowicie odmienne…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 441. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: