Prawdopodobnie to poprzedni mój wpis poruszył niektórych współmieszkańców Domu Nieśmiertelnego Muzyka, bo w ostatnich dniach odnotowałem natłok wizyt i szczerze powiem, że aż poczułem się nimi lekko zmęczony. Oj, trudno mi dogodzić…

Obserwując uważnie swoich gości, zacząłem się zastanawiać, co sprawiło, że byli to głównie muzycy starsi ode mnie. Odwiedzili mnie wszyscy mieszkający w DNM-ie synowie Bacha, a i sam Johann Sebastian też zaglądał do mnie kilka razy. Gościli u mnie Lully, Cherubini, Haendel, Rameau. Na korytarzu widziałem również kilkakrotnie Haydna, ale on akurat nie zdecydował się na odwiedziny. Chyba wciąż jest na mnie zły…

Trochę to dziwne, bo nie napisałem na jego temat nic takiego strasznego, poza tym, że niewiele byłem w stanie się od niego nauczyć. Hmm, czy to naprawdę tak niewiele?

Z drugiej strony pomimo tego, że upubliczniłem kilka plotek o Rameau, to ten jednak potrafił przyjść i pożartować ze mną nawet o tym psie, którego podobno wyrzucił za okno z powodu szczekania poza rytmem.

Wygląda na to, że Jean-Philippe ma dystans do żartów na swój temat i w miarę spokojnie przyjmuje krytykę. Podczas naszej rozmowy to on sam przypomniał słowa Debussy’ego, który kiedyś całkiem na trzeźwo przyznał, „że choć zazwyczaj mówimy o Rameau dobrze, to jest on jednak męczący“.

Rameau zadziwił mnie jeszcze jednym. Wszyscy przy okazji wizyty u mnie przynieśli stosy nagrań, które „przypadkowo“ mieli akurat przy sobie, ale Jean-Phillippe miał tylko jedną jedyną płytę. Tym bardziej mnie zaciekawił…

Okazało się, że Rameau przyniósł ze sobą swoją słynną operę-balet „Zamorskie zaloty“ pod dyrekcją Williama Christie i bez żadnego skrępowania obwieścił:

– W innych wykonaniach własna muzyka mnie męczy. Tylko to akceptuję, choć też nie w całości.

Rozbawił mnie tą samokrytyką na tyle, że nie potrafiłem mu odmówić wspólnego wysłuchania czasami męczącej opery. Dość szybko uznałem, że Rameau ma całkowitą rację, że niektóre fragmenty mogą zmęczyć, ale nie dałem tego po sobie poznać, nie chcąc mu sprawić przykrości. Poza tym naprawdę w wielu momentach słuchałem jego muzyki z autentyczną przyjemnością.

W przerwie pomiędzy aktami Jean-Philippe zachęcony brakiem krytyki z mojej strony, zaczął opowiadać:

– Wersal pod koniec panowania Ludwika XIV stawał się coraz bardziej ponurym miejscem. Niektórzy mówili, że działo się tak z powodu wpływu na króla posępnej pani de Maintenon, którą król potajemnie poślubił. Inni mówili, że to kolejne porażki w wojennych bataliach odbierały królowi chęć do rozrywki. Ja sądzę, że obie przyczyny były jednakowo ważne.

– Dopiero śmierć króla w 1715 i nastanie na tronie Ludwika XV, sprawiły, że Paryż i sam Wersal porzuciły żałobne szaty. Najpierw ostrożnie, bo 8 lat regencji nie pozwalało wyczuć potrzeb nowego króla. Dopiero gdy Ludwik XV uznany został za pełnoletniego w wieku 13 lat i rozpoczął samodzielne rządy, wszyscy próbowaliśmy dopasować się do jego nowych gustów i potrzeb.

– Na szczęście nowy król nie gustował tak jak poprzednik w muzyce włoskiej i my, rodowici Francuzi próbowaliśmy dać mu nową rozrywkę odmienną niż muzyka Lully’ego i jego włoskich kolegów. Ponieważ Ludwik XV, podobnie jak jego dziadek Ludwik XIV uwielbiał Turcję i inne kraje dla nas egzotyczne, staraliśmy się właśnie tam umiejscawiać akcję swoich oper. Do tego dochodziły jeszcze uwarunkowania polityczne jak na przykład to, by wspomnieć o Polsce w trakcie wojny o sukcesję po teściu Stanisławie Leszczyńskim, którego starszą od siebie o 8 lat córkę Marię Ludwik XV poślubił w wieku lat 15. Do tego jeszcze każdy z nas musiał pamiętać o świętej przez długie lata zasadzie, aby każde dzieło opowiadało o mitycznych bogach i boginiach.

– Naprawdę nie było łatwo pogodzić ze sobą wszystkie te uwarunkowania. Wymyśliłem, że Hebe, bogini młodości, urządziła młodym Francuzom, Włochom, Hiszpanom i Polakom festiwal, podczas którego mogli rozkoszować się miłością i przyjemnościami z niej płynącymi. Szybko okazało się, że najgroźniejszą rywalką do zdobycia zainteresowania młodych jest bogini wojny Bellona, obiecująca naiwnym i niedoświadczonym chwałę i trofea zwycięzców.

– Ratując swoich wyznawców przed zaślepieniem wojennymi złudzeniami, Hebe nakłania ich do wyruszenia w podróż do odległych krain, aby tam odnaleźli miłość nieskażoną wojennym okrucieństwem i wolną od przemocy wspartej orężem.

– I co? Udało im się? – zapytałem prowokacyjnie

– W pierwszym akcie mojej opery spotykamy wielkodusznego Turka Osmana Paszę, który porywa wprawdzie w jasyr piękną Emilię, ale gdy dowiaduję się, że jej ukochanym jest pojmany również Walery, w którym rozpoznaje swojego dawnego wroga, który wziął go kiedyś do niewoli, lecz traktował nadzwyczaj szlachetnie i w końcu uwolnił, postanawia odpłacić dobrem za dobro i uwalnia oboje zakochanych, pozwalając im odpłynąć do swojego kraju. Słodko!

– Drugi obraz to peruwiańska pustynia u stóp wulkanu i piękna córka indiańskiego wodza Phani, w której kochają się na zabój hiszpański oficer i miejscowy arcykapłan, który by zdobyć ukochaną, przywołuje na pomoc trzęsienie ziemi wywołane wybuchem wulkanu, ogłaszając wszystkim, że bogowie chcą, aby Phani wybrała za męża właśnie jego. Dzielny Hiszpan ratuje jednak Indiankę, a podstępny kapłan ginie w czeluściach wulkanu. Bajecznie!

– Równie szczęśliwie kończy się wątek, w którym perski książę Takmas zakochuje się w niewolnicy Alego, a Ali pragnie niewolnicy Takmasa Fatimy. Pary łączą się, a ich szczęście wieńczy taneczne Święto Kwiatów. Radość niepomierna!

– Także Zima, urocza rdzenna Amerykanka odrzuca amory oficerów z Francji i Hiszpanii i wybiera współplemieńca Adario, którego najezdni żołnierze dziwnym trafem nie zabijają, lecz przyłączają się do tubylców w uroczystej ceremonii wypalenia Fajki Pokoju. Naprawdę szlachetnie! Istny triumf wyśpiewany zresztą w finałowej arii!

Jean-Philippe chyba zorientował się, że sam trochę kpi z naiwności fabuły swojej opery i lekko skonfundowany, spróbował ubarwić namalowany przez siebie obraz:

– Wielu mówiło z żalem, że w „Zamorskich zalotach“ nie ma ani jednej melodii, którą można byłoby łatwo zapamiętać. Może to i prawda, ale opowiedziane historyjki pozwoliły mi na zamieszczenie sceny gwałtownej burzy, podczas której rozbity zostaje statek Walerego, sceny trzęsienia ziemi pochłaniającego kapłana, kwartetu szczęśliwych dwóch zakochanych par i kilku tańców podczas Święta Kwiatów. Z każdej z tych scen naprawdę jestem niezwykle dumny. Może rzeczywiście trochę męczę, ale jednak nie przez cały czas…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 426. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: