Przekonałem się na własnej skórze, że wchodzenie w „cudze buty” wcale nie musi być łatwe. Przejęcie od Haydna pałeczki w sztafecie muzycznych władców Wiednia wcale nie przyszło mi tak prosto, jak wielu dzisiaj sądzi…

Joseph po powrocie z Londynu związał się ponownie z rodziną Esterhazych, a jednym z jego obowiązków warunkujących coroczną wypłatę wynagrodzenia było komponowanie nowych mszy upamiętniających kolejne imieniny żony księcia – Marii Hermenegildy. Haydn napisał sześć takich mszy, ale pod koniec życia nie miał już sił na kolejne i książę, chcąc podtrzymać stworzony rytuał, zaczął szukać innych kompozytorów. W 1806 roku padło na mnie.

Akurat skończyłem „Piątą” i już pracowałem nad „Szóstą”, ale pomimo tego podjąłem się zadania skomponowania mszy, choć przyznać muszę, że Esterhazy dość długo musiał mnie namawiać. Nawet do niego napisałem, że podejmuję się wyzwania „z bojaźliwością” spowodowaną przyzwyczajeniem księcia do „niezrównanych dzieł wielkiego Haydna”.

Jak się okazało, moje obawy nie były bezzasadne. Książę Mikołaj uznał moją mszę za dzieło „ponure, przeładowane i napuszone, nieznośnie absurdalne i obrzydliwe”.

Tak się wkurzyłem, że opuściłem dwór w Eisenstadt szybko i w złości i szczerze powiedziawszy, nawet nie wiem, co książę zrobił, gdy 8 września nadeszły imieniny księżnej. Wycofałem pierwotną dedykację i pięć lat później opublikowałem swoją mszę, poświęcając ją księciu Ferdynandowi Kinsky’emu. Uraz we mnie był jednak na tyle trwały, że na wiele przyszłych lat porzuciłem plany tworzenia kolejnych dzieł religijnych.

Najbardziej ubodło mnie to, że książę nieustannie porównywał moje dzieło do mszy Haydna. Wspominał każdą z nich: Heiligmesse (1796), Paukenmesse (1797), Nelsonmesse (1798), Theresienmesse (1799), Schöpfungsmesse (1801) i Harmoniemesse (1802), ale z największym uznaniem mówił o tej z 1798 roku.

Był dumny z tego, że wysłał na wojnę z Francuzami część swojej orkiestry i jeszcze bardziej dumny był z Haydna, że ten pomimo braku wszystkich instrumentów dętych drewnianych stworzył arcydzieło dla orkiestry składającej się z samych smyczków, trąb, kotłów i organów.

Dla Haydna nie było to łatwe zadanie i dlatego nazwał swoje dzieło „Mszą na trudne czasy”, lecz książę wolał odnieść tę nazwę do niespokojnej sytuacji politycznej kraju. Napoleon wygrał cztery kolejne bitwy, jego armie przekroczyły Alpy i zbliżały się do Wiednia. Chcąc zniszczyć szlaki handlowe Wielkiej Brytanii, zaatakował Egipt, wysyłając tam swoją flotę składającą się z 13 okrętów liniowych, 4 fregat i 4 galer, co dawało siłę ognia 1182 dział i 8000 ludzi.

W dzień premiery nowej mszy do księcia Esterhazy’ego dotarła radosna nowina, że flota brytyjska rozbiła w pył Francuzów w bitwie morskiej w zatoce Abukir pod Aleksandrią. Dowódca zwycięskiej floty admirał Horatio Nelson został ogłoszony „wybawcą Europy”, a książę wielkodusznie „odstąpił” mu nową mszę Haydna.

Dwa lata później lord Nelson odwiedził pałac Esterhazych w towarzystwie lady Hamilton, która wówczas była jeszcze oficjalnie żoną brytyjskiego ambasadora w Neapolu. Haydn zaprzyjaźnił się z admirałem, z którym nawet zamienił pióro służące do zapisu mszy na złoty zegarek i plan bitwy pod Abukirem. Od tej pory mszę, w której dzięki nietypowej orkiestracji często pobrzmiewają wojenne trąbki i kotły zaczęto nazywać Mszą Nelsona.

Doświadczony w czasie pobytów Haydna w Anglii powszechny szacunek okazywany Nelsonowi sprawił, że nazwanie mszy jego imieniem cześć splendoru przenosiło również na Josepha. Narodowy bohater Anglików imponował Haydnowi odwagą i mądrością wojskowego dowódcy, a odniesione rany wzbudzały dodatkowy szacunek. Stracone prawe oko podczas desantu w Calvi, ucięta prawa ręka podczas ataku na Santa Cruz, rany głowy odniesione w bitwie pod Abukirem wyglądały jak ordery.

Medale, dożywotnia renta, tytuł barona Nilu nie sprawiły mu jednak tak dumnej radości, jak trumna wykonana z masztu zdobycznego okrętu, którą dostał od swoich żołnierzy, aby mógł po śmierci spocząć we własnym trofeum.

Haydn też chciał go uhonorować…

Pięć lat później po spotkaniu u Esterhazych admirał Nelson zginął w bitwie pod Trafalgarem postrzelony przez francuskiego strzelca wyborowego, ale pamięć o nim przetrwała nie tylko na wojennych kartach historii, ale również w kronikach muzyki dzięki najpiękniejszej mszy, jaką kiedykolwiek Joseph napisał…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 287. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: