Rozpoczęta w zeszłym tygodniu dyskusja na temat roli tekstu w muzyce nabrała na tyle rumieńców, że aż żałowałem, że przyczyniłem się do jej zainicjowania. Na szczęście pojawił się Vivaldi…

Argumentacja Antonio była tak prosta i jednocześnie przewrotnie przekorna, że trudno będzie dłużej dyskutować tę kwestię.

– Pamiętacie, że przez wiele lat uczyłem w Piecie… – zagaił Vivaldi, a samo wspomnienie dziewcząt z weneckiego sierocińca sprawiło, że wokół zapadła zainteresowana cisza…

– Początkowo uczyłem tylko gry na skrzypcach, później również na altówce i mandolinie. Bardzo mnie wtedy motywowała moja ówczesna muza. Dziewczynka, która nie miała nawet nazwiska i mówiliśmy na nią Anna Maria della Pieta, okazała się tak genialną skrzypaczką, że podczas jej gry „niezliczone anioły unosiły się w pobliżu

– Pokochałem ją — Vivaldi zadumał się nad tym, co powiedział i dopiero po chwili dokończył: – …miłością platoniczną. Napisałem dla niej kilkadziesiąt koncertów i dbałem o jej rozwój i awanse. Miała też jednak bardzo uzdolnione koleżanki…

– Musiałem dbać również o nie i komponować utwory także na inne instrumenty: koncert obojowy dla Pelegriny czy też wiolonczelowy dla Teresy. Najwięcej uczennic szkoliło się jednak w śpiewie. Soprany, alty i dziewczęta i kobiety śpiewające tenorem, a nawet basem.

– Pomimo tego, że nie należało to do moich obowiązków, zacząłem komponować dla nich muzykę wokalną, zazwyczaj religijną. Geltruda, Catherina, Barbara, Apollonia, Silvia, Giulia, Ambrosina, Albetta, Chiaretta, Fortunata, Margarita czy też Maria Bolognese czekały na utwory przeznaczone dla nich i szybko nauczyły się rywalizować o moje względy…

– Byłem rozkojarzony, szczęśliwy, podniecony i rozemocjonowany tą sytuacją i powinienem z tego powodu pisać muzykę radosną, miłosną, liryczną, natchnioną oczekiwaniem… Niestety, musiałem komponować do z góry narzuconych tekstów. No i powiedźcie mi, jak ja miałem pisać radosne melodie do tekstu „Stabat Mater”!!!

– Słowa o boleści Matki Bożej wymuszały na mnie rodzaj muzyki, który musiał do tych słów pasować. Więcej, musiałem się mocno starać, aby moja muzyka ten ból i rozpacz eksponowała i podkreślała. Nic w tym dziwnego, bo i słuchacze do dzisiaj wybierają przede wszystkim te wykonania, które wagę słów „Stabat Mater” rozumieją i wzmacniają ich bolesny wydźwięk…

– To właśnie charakter i znaczenie użytych słów zadecydowały o tym, jakiej muzyki dla nich oczekujemy, a nie odwrotnie…

– Nie miał znaczenia mój platonicznie rozkochany stan ducha, pisząc „Stabat Mater” musiałem otoczyć słowa rozpaczą i bólem…

Trochę mnie poruszyła obłuda usłyszanego tekstu i nie wytrzymałem, mówiąc:

– Z tym platonizmem uczuć to chyba trochę przesadzasz. Anna Giro zamieszkała u ciebie wraz ze swoją starszą przyrodnią siostrą Paoliną na długie lata, co sprawiło, że kardynał Ferrary zakazał wykonywania w tym mieście twoich utworów z powodu rozpoznania u ciebie „luźnej moralności”…

Vivaldi poczerwieniał ze wstydu, ścisnął obie dłonie w pięści i długo zastanawiał się nad odpowiedzią, po czym odezwał się cichym, ale pełnym agresywności tonem:

– Wszystkiemu zaprzeczyłem w liście z 16 listopada 1737 roku do swojego patrona Bentivolgio i podtrzymuję swoją wersję również tu i teraz — nawet na mnie nie spojrzał, odwrócił się i wyszedł…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 281. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: