Zupełnie nie potrafię rozgryźć Leonarda Bernsteina. Niby dusza towarzystwa, a często siedzi samotnie pogrążony w zadumie, niby wesołek, ale o smutnych oczach.

Całe jego życie było pełne sprzeczności i dwoistości. Społecznik, lewicowiec, czasami przez służby państwowe kwalifikowany jako wywrotowiec, ale żyjący komfortowo w luksusie i wygodach. Kochający mąż i ojciec trójki dzieci, ale jednocześnie bohater wielu homoseksualnych obyczajowych sensacji. Zadeklarowany Żyd, ale jednocześnie dyrygent prowadzący kilka koncertów dla papieży. Ikoniczny mistrz batuty, jedyny dorównujący legendzie Karajana, ale jednocześnie ktoś, kto swoim baletowym poruszaniem się za pulpitem u wielu podnosił ciśnienie, a uwielbianymi przez siebie spowolnieniami temp nieraz burzył krew. I wreszcie kompozytor, twórca kongenialnego „West Side Story”, ale jednocześnie autor wielu prostych, mało atrakcyjnych kompozycji.

Czy ja przypadkiem nie jestem w swych ocenach zbyt srogi?

W ogromie przedsięwzięć, których podejmował się Bernstein, trudno było wykroić właściwą ilość czasu na komponowanie i głównymi muzycznymi zajęciami zawsze były dyrygowanie, edukacja muzyczna i spełnianie funkcji showmana.

Komponowanie było dopraszającą się realizacji potrzebą duszy Bernsteina, na którą zawsze brakowało czasu i która często była tylko wynikiem zaistniałych przypadków.

Tak też było z „Chichester Psalms”. Na początku grudnia 1963 r. Bernstein otrzymał list od Waltera Husseya, dziekana katedry Chichester w Sussex w Anglii. Hussey, anglikański duchowny, a przy okazji mecenas sztuki odważył się napisać do zupełnie sobie nieznanego Bernsteina prośbę o napisanie utworu na coroczny festiwal muzyczny, podczas którego połączone chóry trzech katedr w Chichester, Winchester i Salisbury chwaliły Pana muzyką zarówno średniowieczną, jak i awangardową.

Hussey miał nadzieję, że skłoni Bernsteina do podjęcia wyzwania dzięki deklaracji, że kompozycja, pomimo liturgicznego przeznaczenia może mieć charakter popularny, a wręcz „wielu byłoby zachwyconych, gdyby w muzyce zaistniały odniesienia do „West Side Story„”.

W odpowiedzi na prośbę z Anglii Bernstein skomponował trzy psalmy z tekstem w języku hebrajskim i okrasił je odwołaniami do jazzu i muzyki Broadwayu w sposób, którego nikt dotychczas nie zrealizował w utworze religijnym. W liście do Husseya nazwał swoje psalmy „popularnymi ze staromodną słodyczą„…

Bernstein przyleciał do Chichester na premierę „Psalmów” i porażony wykonaniem powiedział, że usłyszał „śpiew aniołów”…

Intencjonalnie użyte w „Psalmach” uproszczenia pozwalają rozkoszować się muzyką, a od pewnego momentu nawet ta świadomość względnej prostoty większości muzyki zupełnie nie odbiera przyjemności ze słuchania. Sam Bernstein w wywiadzie dla „New York Times” stwierdził, że „te psalmy to prosta i skromna sprawa„, „pod pewnymi względami są one niemal dziecinne i dlatego stoją niebezpiecznie na krawędzi sentymentalizmu, jeśli zostaną źle wykonane” i że są one „infantylną wersją symfonii „Kaddish„”.

Słuchałem „Psalmów” wielokrotnie i miałem mieszane uczucia co do pozasentymentalnej wartości utworu aż do momentu, kiedy nie trafiłem na późniejszą wersję kameralną „Psalmów”. Bernstein zamienił pełną orkiestrę na organy, harfę i perkusję i dopiero ta wersja sprawiła, że również i ja poczułem się porażony i usłyszałem śpiew aniołów.

Bernstein szukał wszelkich możliwych sposobów, aby wyzwolić u słuchaczy swoich dzieł myślenie ekumeniczne, prospołeczne, wolnościowe. Idea wolności, pokoju i braterstwa między ludźmi różnych wyznań i narodowości była mu niezmiernie bliska. Był niezwykle zaangażowany społecznie i muzykę traktował jako środek wyzwalający pożądane reakcje.

Doskonale pamiętam, jak mnie wkurzył, gdy po zburzeniu we wschodnim Berlinie muru wykonywał tam moją „Dziewiątą” i bez żadnej żenady zamienił tekst „Ody do radości” Schillera na „Odę do wolności”. I jeszcze publicznie powiedział:

– „Jestem pewien, że Beethoven dałby nam swoje błogosławieństwo

Długo nie mogłem mu tego zapomnieć, ale gdy poznałem go bliżej i zobaczyłem te jego smutne na starość oczy, to wszystko mu wybaczyłem…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 180. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: