Z przyjemnością zauważyłem, że Jessye Norman, która jest u nas od niedawna, wyraźnie już się zadomowiła i czuje się w DNM-ie dobrze. Takie odniosłem przynajmniej wrażenie, gdy zobaczyłem ją dzisiaj na spacerze z Ryszardem Straussem. Roześmiani, żywo gestykulujący podczas rozmowy oboje wyglądali na osoby zadowolone ze swojego losu.

Zaintrygowany powodem ich rozradowania zatrzymałem się i poczekałem, aż będą mnie mijać, a gdy się zbliżyli, zaczepiłem ich niezbyt może grzecznie, wtrącając się jak intruz:

– Zdradźcie mi swoją tajemnicę, co was tak rozśmieszyło?

Jessye zwróciła się w moją stronę i wciąż szczerze rozbawiona, powiedziała śpiewnym dramatycznym sopranem:

– Próbowałam sobie wyobrazić siebie w „Tańcu siedmiu zasłon” z „Salome”, a Ryszard jeszcze dodatkowo mnie podpuszczał, że chętnie by to zobaczył. Ja, ze swoimi fizycznymi ograniczeniami miałabym tańczyć jak nastolatka zdejmująca swoje szaty przed kazirodczo nastawionym ojczymem, który koniecznie chciał mnie zobaczyć nagą… Mam dość bujną fantazję, ale tego nie potrafię sobie jednak wyobrazić. Śpiewać mogę, ale tańczyć erotycznie? Cała publiczność wyszłaby z opery!

– Jessye ma rację, ten problem mieliśmy zresztą z większością dojrzałych solistek wykonujących partię nastoletniej Salome i prawie zawsze kończyło się zaangażowaniem dublerek, profesjonalnych tancerek — Strauss starał się być poważny, ale w oczach nadal błyskały mu rozbawione iskierki

– Bardzo lubiłam tę rolę i żałuję, że nie miałam okazji do częstszych występów jako Salome. To przedstawienie dojrzewającej pięknej dziewczyny, która swą erotycznością zaczyna wpływać na otaczający ją świat do tego stopnia, że niesie za sobą żołnierską zdradę, samobójczą śmierć z zazdrości, nierozumną uległość władców, zdolność do popełnienia zbrodni na życzenie, opętańcze obsesje i chorobliwe zboczenia kazirodztwa i nekrofilii, a w końcu zabójstwo samej Salome wywołane strachem przed pozostawieniem jej żywą z jej władczą, demoniczną siłą. Fascynująca, bogata interpretacyjnie rola, a dzięki niesamowitej muzyce Ryszarda dodającej do treści jeszcze więcej dramaturgii, czyni to z tej historii jedną z najwspanialszych oper wszech czasów.

– Bardzo dziękuję za te miłe słowa i nieskromnie muszę przyznać, że sam jestem zadowolony z tej opery. Zafascynowałem się opowieścią o Salome, Herodzie i Janie Chrzcicielu natychmiast po zapoznaniu się ze sztuką Oscara Wilde’a i sam do niej napisałem libretto. Dzięki obyczajowym i religijnym skandalom, jakie wywołała jego treść, o mojej operze zrobiło się głośno nie tylko z powodu udanych wystawień w 50 miastach w ciągu dwóch lat, ale również z powodu zakazów nałożonych przez cenzurę w Wiedniu, Londynie i Nowym Jorku.

– Tak między nami po cichutku mówiąc, to tantiemy z samej „Salome” wystarczyły mi na budowę willi w Garmisch-Partenkirchen w Bawarii, gdzie mieszkałem aż do śmierci. Nieźle, co nie?

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 179. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: