Bardzo się dzisiaj wzruszyłem! Gdyby nie to, że siedziałem w porze obiadu w pełnej sali stołówki, pośród wielu zupełnie mi nieznanych osób, to ukryłbym twarz w dłoniach i łkał bezgłośnie, a może nawet i płakał, roniąc setki łez. I pomyśleć, że sprawiła to moja własna muzyka.

Tuż po podaniu deseru do mojego stolika podszedł Liszt i podsunął mi kartkę z linkiem do wykonania mojej sonaty B-dur, mówiąc:

– Nawet ja nie potrafiłem tak zagrać tego twojego Adagio sostenuto…

Liszt był pierwszym pianistą, który dał radę ogarnąć tę sonatę w stopniu wysoce zadowalającym, nic więc dziwnego, że wzbudził moją ciekawość.

Nie czekając na powrót do swojego pokoju włączyłem Spotify i wpisałem do wyszukiwarki: Hammerklavier, Francois-Frederic Guy

Po chwili rozległa się muzyka. Trochę się krzywiłem na zbyt ostre, metaliczne brzmienie fortepianu, ale gdy dotarłem do trzeciej części mojej sonaty, szybko zrozumiałem, co Liszt miał na myśli.

Ktoś kiedyś nazwał to adagio „apoteozą bólu, tego głębokiego smutku, na który nie ma lekarstwa, i który wyraża się w niezmierzonym bezruchu nieszczęścia” (Paul Bekker) i w tym wykonaniu Guy’a wyczuwalny ból rzeczywiście przez wiele minut trwa nieporuszony, a mimo tego przeszywa dojmującym cierpieniem…

Przypomniałem sobie, że jeden z naszych współmieszkańców, wybitny pianista Wilhelm Kempff napisał kiedyś, że jest to „najwspanialszy monolog, jaki kiedykolwiek napisał Beethoven„.

Muszę przyznać, że tą sonatą stworzyłem przyszłym wykonawcom nie lada wyzwanie. Dostałem od producenta fortepianów Johna Broadwooda nowy sześciooktawowy model i testowałem go jak szalony. Nic nie słyszałem, ale moja muzyczna wyobraźnia działała na najwyższych obrotach. Do dziś przychodzą do mnie najwybitniejsi z najwspanialszych pianistów i psioczą na trudności, jakie im zadałem, od niewyobrażalnych temp po wymagania czysto fizyczne i interpretacyjne. Jak to powiedział Berlioz? Chyba nazwał ją „Sfinksem dla każdego pianisty„!

No cóż… Głusi nie przejmują się takimi drobiazgami…

Przykład tego młodego, odważnego Francuza pokazuje, że tę moją sonatę na młoteczkowy instrument klawiszowy można grać i fascynująco i pasjonująco, choć muszę przyznać, że poczułem jednak leciuteńki niedosyt. Wrócę do siebie i przypomnę sobie inne wykonania starszych i poszukam też kolejnych młodszych pianistów, skoro tacy są odważni…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 178. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: