Długo nie mogłem się wczoraj pozbierać po tym, jak po raz kolejny zostałem ośmieszony przez Mozarta. Może i nikt tego nie zauważył, może nikt nie zwrócił uwagi na moje zakłopotanie, ale ja… ja doskonale wiedziałem, że Wolfgang znowu zagrał mi na nosie…

Wstałem dzisiaj skwaszony, niechętny do uśmiechu i nieskory do wychodzenia ze swojego pokoju. Chciałem przeczekać to kolejne upokorzenie w samotności i w ciszy. Nie miałem nawet ochoty na słuchanie muzyki, tym bardziej że gdy tylko pomyślałem o tym, że przydałaby mi się dzisiaj jakaś muzyka lekka, radosna, łatwa w słuchaniu, to pierwszą podpowiedzią mojej pamięci stały się koncerty fortepianowe Mozarta. Ot, przewrotność niepodlegającej dąsom pamięci…

Po krótkim namyśle postanowiłem posłuchać opery komicznej Rossiniego pod tytułem „Kopciuszek albo triumf dobroci”. Doskonale pamiętam treść bajki Charlesa Perraulta o Kopciuszku i spodziewałem się po muzyce Rossiniego filuternej lekkości, beztroskiej swobody, zdolności przywracania uśmiechu i po prostu dobrej zabawy.

Zdumiały mnie liczne zmiany w libretcie, ale muzyka była dokładnie taka, jakiej się spodziewałem. Niedobrą macochę zastąpił ojczym Don Magnifico, wróżkę chrzestną Kopciuszka zastąpił Alidor, filozof i nauczyciel księcia, a sam książę szukający żony zamienił się szatami ze swoim sługą i właśnie jako kamerdyner wpadł w oko Kopciuszkowi, która zarzekała się, że woli jego niż jakiegoś tam nieznanego sobie księcia.

Z powodu scenograficznych ograniczeń teatru, w którym miała się odbyć premiera opery, zrezygnowano całkowicie z baśniowej, fantastycznej, nadprzyrodzonej otoczki. Zniknęły wyczarowywane przez wróżkę zaklęte konie i karoca a zaczarowany zegar nie zmieniał Kopciuszka w służkę o północy…

Najbardziej rozbawiło mnie jednak to, że zastąpiono pantofelek — wydawać by się mogło, że nieodłączny atrybut Kopciuszka, na bransoletkę z lewej ręki, do której pasująca do pary pozostawała wciąż na prawym przegubie przyszłej żony księcia. Powodem takiej zamiany stały się obawy przed reakcjami cenzury i publiczności na widok podnoszonych sukni podczas scen przymiarek pantofelka…

To naprawdę nie jest żart. To Rzym na początku XIX wieku…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 173. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: