Mam wrażenie, że pomimo tego, że Henri Dutilleux mieszka z nami już od kilku lat, to wciąż czuję się w Domu Nieśmiertelnego Muzyka lekko zagubiony. Co zrozumiałe, ciągnie go do sobie współczesnych i chętnie spędza czas w towarzystwie Bouleza i Messiaena, ale jednocześnie wyraźnie da się zaobserwować, że wzrokiem pełnym szacunku szuka kontaktu z nami staruszkami.

Henri podobnie postępował w swoich kompozycjach. Z jednej strony czuł na sobie wymóg współczesnych czasów i chciał się wkomponować w obowiązujące trendy, ale z drugiej strony wciąż słychać w jego muzyce wspomnienia w najbardziej klasycznym wydaniu.

To jego upodobanie do nowoczesnych brzmień i jednoczesny sentyment do muzyki romantyzmu i wczesnego modernizmu sprawiały, że wielu dyrygentów i solistów powierzało mu zlecenia na nowe kompozycje. Zamówienia na nowe dzieła złożyli u Dutilleuxa tacy wielcy jak Charles Munch, George Szell, Simon Rattle, Seiji Ozawa, Mścisław Rostropowicz, Izaak Stern, Anne-Sophie Mutter czy też Juilliard Quartet.

Dutilleux odwdzięczał się za to zainteresowanie tworzeniem „dzieł jednolitych jak te z przeszłości, ale otwartych i mobilnych jak te z teraźniejszości”

Otwartość i mobilność, o których wspominał, w najpełniejszy sposób wyraził kompozycją napisaną na zlecenie Cleveland Orchestra pod dyrekcją George’a Szella. Zaplanował sobie, że w jednym utworze wykaże proces zmian, jakie zachodzą w muzyce i od samego początku utwór zamierzał nazwać „Metamorfozy”, z czego zrezygnował dopiero pod wpływem możliwych roszczeń Ryszarda Straussa i Paula Hindemitha, którzy użyli już tej nazwy kilkadziesiąt lat wcześniej.

Henri Dutilleux tak bardzo chciał podkreślić fakt przekształceń użytych w swoim dziele, że zastępczo w miejsce metamorfoz zdecydował się na nazwę „Métaboles”, co w języku naukowym oznacza ciągłą, lecz stopniową transformację jednego związku chemicznego w inny, uzasadniając to tak:

„Ten retoryczny termin, przyjęty w odniesieniu do form muzycznych, zdradza moje myślenie: chciałem przedstawić jeden lub więcej pomysłów w kolejności i pod różnymi aspektami, dopóki nie poddam ich, na kolejnych etapach, prawdziwej zmianie. Na poziomie formalnym utwory te nakładają się na siebie i przedstawiają następujący schemat: na każdym z nich figura początkowa — melodyczna, rytmiczna lub harmoniczna – przechodzi szereg przekształceń. Na pewnym etapie ewolucji – pod koniec każdego utworu – zniekształcenie jest tak wyraźne, że generuje nową figurę, która służy jako podkład do następnego utworu i tak dalej, aż do ostatniego. ”

Muszę przyznać, że to naprawdę ciekawe doświadczenie. Ciekawe, czy Mozart dałby radę zauważyć i spamiętać wszystkie te transformacje zastosowane przez Dutilleuxa. Kiedyś może go namówię na wspólne posłuchanie. Jest spora szansa, że nie da rady…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 170. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: