Suk wcale nie był rozżalony, ale, podobnie jak ja, rozanielony… Podszedł do mnie i powiedział bez zbędnych wstępów:

— Podobało mi się i to bardzo, słyszałem już wcześniej Tabeę, gdy grała „Harolda” na koncercie z Londyńczykami pod Colinem Davisem i muszę się przyznać, że wtedy to wykonanie nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia…

— Wiesz co, Mistrzu, gdyby było więcej literatury na altówkę, to ja — skrzypek, wolałbym jej brzmienie od skrzypiec, ale jeszcze bardziej uwielbiam dźwięk, jaki można wydobyć z wiolonczeli… Żaden inny instrument nie sięga tak głęboko w moją muzyczną duszę!

— Zgadzam się z tobą Józefie. Słuchałem dziś rano kilku francuskich utworów na wiolonczelę i fortepian, granych przez młodziuteńkie rodzeństwo Cheng i pomimo tego, że czasami ich gra, a zwłaszcza gra 18-letniej pianistki jest odrobinkę zbyt prosta, zbyt szkolna, to nie potrafiłem odłożyć płyty właśnie ze względu na dźwięk, jaki starszy Cheng wydobywał z osiemnastowiecznej wiolonczeli Tassiniego. Dotarło do mnie, że gdybym dzisiaj miał wybierać swój ulubiony instrument, to bezdyskusyjnie byłaby to właśnie wiolonczela. Bardzo żałuję, że w moich czasach muzyka na wiolonczelę nie była popularna, a ja sam stworzyłem dla niej tylko kilka sonat i wariacji…

— Chętnie posłucham tych młodzików…

— Na samych końcu płyty przypływa łabędź Saint-Saensa, a może nawet dwa łabędzie — jeden wiolonczelowy i drugi fortepianowy ale proszę cię, posłuchaj też innych wykonań, bo, uwierz mi, łabędzi śpiew może być jeszcze piękniejszy niż tutaj…

INSPIRACJA WPISU: