Zdecydowałem, że ani dzisiaj, ani w ewentualnej przyszłości nie będę się tłumaczył, dlaczego przestałem prowadzić kronikę. Kto mi zresztą uwierzy, że na skutek wielu przyczyn, z powodu kilku złych zbiegów okoliczności, kilku głupich czynów i kilkudziesięciu depresujących mnie myśli utraciłem wrażliwość na muzykę…?

Jak więc miałem pisać???

Czy to nieodwracalna utrata, czy tylko krótkotrwały horror, który minie jak bezdźwięczny sen? Tego jeszcze nie wiem…

Od dłuższego czasu trawi mnie wewnętrzny smutek tak wielki, że nie są go w stanie uśmierzyć nawet kolejne odnotowywane w mej duszy pogrzeby. Nauczyłem się w naszym Domu Nieśmiertelnego Muzyka, że jednym z najbardziej ekscytujących dźwięków towarzyszących nam na co dzień jest powitalne „Alleluja”, bo choć zawsze poprzedzała je ziemska śmierć, to tu dla nas radośnie zwiastowało ono przybywanie nowych towarzyszy i towarzyszek.

Bardzo czekałem na te chwile i choć oduczyłem się pędzenia pod bramę DNM-u, by już w pierwszy dzień witać nowych gości, to dreszczyk emocji towarzyszący Händlowemu hymnowi zawsze potrafił mnie jak dotychczas pobudzić i ożywić.

A teraz byłem smutny, bardzo smutny…

Smuciło mnie nawet to, że inni nie widzą mojego smutku.

Jedynym, który od wielu dni krążył wokół i spoglądał na mnie z wyraźnym niepokojem, był Antal Doráti. To też mnie jednak drażniło… Postanowiłem rozprawić się chociaż z nim, skoro już był pod ręką…

– Czemu wciąż za mną łazisz? Nie widzisz, że chcę być sam? – spytałem grubiańsko i aż sam się zawstydziłem tą swoją obcesowością nie do usprawiedliwienia.

Antal spojrzał na mnie jak psychiatra na pacjenta, po chwili leciutko się jednak uśmiechnął i najbardziej kojącym głosem jak tylko potrafił, zaczął mówić, wciąż patrząc mi prosto w oczy. Nie mogłem wytrzymać tego jego wzroku…

– Wywołałeś mnie mistrzu do tablicy. Chciałem ci wytłumaczyć, dlaczego ani ja, ani wielu moich rodaków nie wróciło na Węgry, choć mogło. Sam o to pytałeś. Widzę jednak, że wybrałem kiepski czas na taką rozmowę – cofnął się o krok i powolutku odwracając się ode mnie, czujnie kontrolował, czy przypadkiem nie powstrzymam go przed odejściem.

Przypomniałem sobie moją wątpliwość co do poemigracyjnych losów członków Philharmonii Hungarica i aż jęknąłem ze wstydu, że nawet Doráti wziął tę uwagę tak bezpośrednio do siebie. On, który już od lat 40-tych dyrygował orkiestrami w Stanach, a potem w Londynie, Sztokholmie, znowu w Stanach i znowu w Londynie. Musiałem mu pozwolić na wytłumaczenie się:

– Nie gniewaj się, proszę, jestem w beznadziejnej formie – zacząłem przepraszająco.

– Pracując w Sztokholmie, poznałem Allana Petterssona – wtrącił się Antal. On to dopiero bywał w kiepskiej formie. Zawsze i wszędzie. Tak mu zresztą zostało i tutaj. Chętnie was zapoznam. Nie ma lepszego lekarstwa na smutek jak poznanie kogoś jeszcze bardziej smutnego – uśmiechnął się, czujnie jednak sprawdzając, czy nie przesadził z tą dość przewrotną tezą.

Ku swojemu zaskoczeniu myśl o konfrontacji smutasów bardzo przypadła mi do gustu. Po upływie kilku minut staliśmy przed drzwiami Petterssona, zza których dochodziły dźwięki niesamowicie przejmującej muzyki. Po drodze usłyszałem od Antala skróconą historię dramatycznego życia szwedzkiego kompozytora, który właśnie Doratiemu zadedykował swą słyszaną zza drzwi „Siódmą”.

Nie chciałem się zagłębiać w ocenę nieszczęśliwych losów Petterssona, ale już po kilku zdaniach wiedziałem, że nie wygram z nim pod względem rzeczywistych powodów smutku, a po kilku taktach jego muzyki wiedziałem też, że w rywalizacji na dojmującą głębię uzewnętrznianego bólu, udręki i smutku również nie zwyciężę.

Powstrzymałem Antala przed pukaniem do drzwi i stałem w korytarzu jak zahipnotyzowany. Przenikająca do trzewi muzyka Szweda sprawiała, że smutek stał się… piękny, bardzo piękny, a gdy wybrzmiały ostatnie akordy hipnotycznej akceptacji swego nędznego losu, nie wytrzymałem i zacząłem szlochać, nie zwracając najmniejszej uwagi na mijających nas mieszkańców DNM-u wracających do swoich pokojów po wieczornym posiłku.

Empatyczne słuchanie muzyki Petterssona sprawiło, że mój własny smutek z każdą wypływającą z oczu łzą stawał się coraz mniejszy. Antal patrzył na mnie przejęty i lekko chyba wystraszony. Dopiero gdy spojrzałem na niego wzrokiem, w którym wyczuł chyba moją ulgę, odważył się wyszeptać:

– A nie mówiłem!!!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 505. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz ten blog i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” jednorazową lub cykliczną darowizną za pośrednictwem projektu Patronite albo z wykorzystaniem systemu PayPal.

INSPIRACJA WPISU: