Jak opisać niewysłowione? Jak wysłowić ten stan, który mnie trawi, bez lęku, że spłoszę swą duszę?

Podobną rozpacz, gdy kończyła się muzyka, po raz ostatni przeżyłem dość dawno temu. Słuchałem „Dialogów karmelitanek” Poulenca i być może moje emocje wzmogło wtedy zaskoczenie, jakiego doznałem. Ale dzisiaj…?

Przecież uwielbiam Berlioza. Może nie aż tak, by całować go po rękach, jak Paganini; może nie aż tak, by uznać go za swojego mistrza, jak zrobił to młody Wagner, ale przecież Hectorowy „Harold w Italii” od zawsze gra mi w duszy tak cudnie, że naprawdę czuję się przy tej muzyce lepszy. Nigdy nie dołączyłem do chóru prześmiewców, którzy nie rozumiejąc ekstatycznego romantyzmu Hectora, odsądzali go od czci i wiary, nie ogarniając jego poszukiwań nowych sposobów wyrażania emocji. A poza tym on tak bardzo okazywał mi uznanie i szacunek… Jak miałbym go nie lubić?

Nie powinienem więc być zaskoczony, a mimo wszystko po pierwszych kilkudziesięciu taktach „Romea i Julii” zamarłem w oczekiwaniu, zastygłem w bezdechu i zaniemówiłem w zachwycie. Tkwiłem tak zaniemówiony przez kolejne godziny kolejnych wykonań i czułem, jak narasta we mnie niechęć do chwili, w której muzyka ucichnie. Chciałem wciąż jeszcze i jeszcze wciąż…

Jak to opisać i czy naprawdę opisywać trzeba stany, które nawet niewypowiedziane pozostają barwne i treściwe? Czy naprawdę warto próbować opowiadać, jak bardzo muzyka Berlioza i tekst Szekspira wyzwoliły we mnie tęsknotę za miłością tak silną, że nawet śmierć nie potrafiła jej pokonać?

Czyżbym stał się romantykiem?

Może jednak po kolei…

Usłyszałem dziś rano zza drzwi podekscytowane głosy i gdy zaciekawiony wyszedłem na korytarz, zobaczyłem Carla Philipa Emanuela, który powstrzymywał Berlioza, pokazując mu jakąś kartkę i jednocześnie zagradzając mu drogę… chyba do mnie. Podszedłem…

– Podobno jest jakaś kolejka tych, którzy mają cię odwiedzać – powiedział wzburzony Hector.

Spojrzałem zdumiony na młodego Bacha, a ten bez żadnego skrępowania wydął usta i burknął spod nosa:

– Ojciec mi kazał. Stoimy tu z braćmi już od kilku dni…

Długo trwało, zanim dotarł do mnie sens jego słów. A więc to tak! Bach zorganizował wyreżyserowane wizyty swoich znajomych, by wyciągnąć mnie z kryzysu… Zdecydowanym ruchem odciągnąłem na bok wystraszonego strażnika moich drzwi, złapałem Berlioza za rękę i powiedziałem tonem nieznoszącym sprzeciwu:

– Chodź Hectorze. Dziś kolejka nie obowiązuje!

Nie potrafiłem opanować wzburzenia i zupełnie nie zwracałem uwagi na to, co wyczynia Berlioz. Zwaliłem się na swój fotel, zakryłem oczy rękoma i już byłem gotów wyskoczyć ponownie na korytarz, by wyrwać młodemu Bachowi listę przyszłych gości, gdy nagle usłyszałem muzykę tak bosko kojącą, że wszystko, co jeszcze przed chwilą wydawało mi się końcem wszechświata, rozpłynęło się jak poranna mgła. Zamilkłem i już się nie odezwałem ani słowem przez kilka kolejnych godzin.

Czułem się, jakbym właśnie w tej niezmierzonej chwili asystował przy narodzinach nowego wszechbytu.

Oczywiście doskonale znam historię Romea i Julii, a każdy nowy nawiązany w DNM-ie romans sprawia, że niemal codziennie słychać u nas fragmenty Czajkowskiego, Prokofjewa, Belliniego, właśnie Berlioza, czy także Bernsteina z „West Side Story”. Biorąc pod uwagę kochliwość artystów, to przyznać muszę, że słychać tę muzykę niezwykle często. Przyzwyczaiłem się i nawet jest to miłe…

Hector zaskoczył mnie tym, że pomimo trójki solistów i potężnego chóru nikt nie mówi u niego głosem słynnych kochanków z Werony. Tylko stuosobowa orkiestra ( w tym 8 harf ) roztacza długotrwały niebiański stan, w którym słuchaczy szczelnie otula miłość w każdym jej przejawie. Tego miłosnego błogostanu nie narusza nawet śmierć!

Przypomniałem sobie opowieści o tym, jak długo Hector nieznający wówczas angielskiego zdobywał nieznającą wówczas francuskiego Irlandkę Harriet Smithson, którą zobaczył w Paryżu w szekspirowskich rolach Ofelii i Julii, i byłem przekonany, że to właśnie ona była jego natchnieniem, a okazało się, że Hector bardziej niż w niej zakochał się w melodii płynącej z niezrozumiałego dla niego tekstu tragedii Szekspira i ten niezwykły klimat, który go wtedy opanował, wolał przekazać brzmieniem orkiestry niż wymową słów. Harriet była ciałem, muzyka była duchem.

Jak się zresztą okazało, w momencie, gdy Berlioz kończył „Romea i Julię”, Harriet, która w międzyczasie stała się jego żoną, wydawała mu się już nieatrakcyjną przeszłością, a na horyzoncie błyszczały już dla niego inne gwiazdy świecące nowym blaskiem. Jedynie miłość do Szekspira, którego nazwał „najwyższym twórcą ustępującym tylko Bogu” pozostała u Hectora niezmienna i trwa wiernie do dziś.

Hector od czasu do czasu starał się podejmować rozmowę, ale ja puszczałem jego słowa mimo uszu, choć szybko zrozumiałem, że każde wypowiadane przez Berlioza słowo dotyczyło nie jego, lecz mnie dziś i teraz:

… zanurzyć się w ognistym słońcu i łagodnych włoskich nocach, by być świadkiem dramatu tej pasji szybkiej jak myśl, płonącej jak lawa, promiennie czystej jak spojrzenie anioła, władczej, nieodpartej, tych szalejących pragnień zemsty, tych desperackich pocałunków, tej szalonej walki miłości i śmierci. To wszystko było czymś więcej, niż mogłem znieść. W trzecim akcie, ledwo mogąc oddychać – to było tak, jakby żelazna ręka chwyciła mnie za serce – wiedziałem, że się zgubiłem.

Spostrzegłem kątem oka roześmianego Hectora i usłyszałem:

– … i to wszystko poczułem bez rozumienia ani jednego angielskiego słowa…

Odwzajemniłem uśmiech i zacząłem go słuchać troszkę uważniej:

– Dzięki pieniądzom od Paganiniego za „Harolda w Italii” pospłacałem długi i bezpieczny zacząłem pracę, aby ten swój stan, którego doznałem w teatrze, oglądając Harriet, przenieść na nutowy papier:

…płynąłem w bezkresnym morzu poezji, unoszony naprzód słodkim, miękkim powiewem wyobraźni, ogrzewany złotym słońcem miłości odsłoniętym przez Szekspira, przekonany o mojej sile dotarcia na magiczną wyspę, na której stoi świątynia czystej sztuki.

Słuchałem Berlioza, a jego muzyka nieustannie dowodziła szczerości każdego jego słowa. I nagle…, gdy obój jęknął ostatnim oddechem Julii… nie wytrzymałem…

Hector zamilkł i długo przyglądał się moim łzom, których nawet nie próbowałem wycierać.

Przez chwilę pomyślałem, że poddałem się tanim orkiestrowym sztuczkom Hectora, o których mówił Mendelssohn, że „musi myć ręce po przewróceniu stron partytur z brudną orkiestracją Berlioza” i zrobiło mi się głupio, że tak się łatwo rozkleiłem.

Odwróciłem się do Hectora i cichym głosem poprosiłem:

– Czy mógłbyś nie mówić nikomu, co przed chwilą widziałeś?

Jeszcze nie skończyłem zdania, a już czułem się jak ostatnia świnia. Próbowałem naprawić swój błąd, ale urażony Hector pozbierał przyniesione nagrania i bez słowa wyszedł.

Ej, durny ja… Co mnie podkusiło? Przecież i tak płaczę naprawdę często! Dureń ze mnie!

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 427. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: