Obiecałem sam sobie, że będę bardziej asertywny, ale wystarczyło, by Haendel zaprosił mnie do siebie na jeden lub dwa kielichy ambrozji, a skuszony pragnieniem, nie potrafiłem mu odmówić, pomimo znacznego zmęczenia i pamięci, ile czasu zajęło mi zapoznawanie się ostatnio z koncertami organowymi Georga Friedricha.

Szybko okazało się, że kuszenie ambrozją było tylko pretekstem do słuchania kolejnych utworów Haendla. Gdy zobaczyłem stosik dwu- trzypłytowych pudełek, aż jęknąłem z przerażenia. Przez chwilę miałem jeszcze nadzieję, że to może „Mesjasz”, którego znałem na tyle dobrze, że nie musiałbym się go uczyć od zera, a mógłbym skupić się wyłącznie na wyborze wykonania, które dziś uznałbym za najciekawsze.

Niestety, okazało się, że Haendel przygotował zupełnie mi nieznaną trzyaktową operę „Ariodante”. Już chciałem skorzystać z testowanej ostatnio asertywności, lecz zanim zdążyłem się odezwać Georg Friedrich, wyraźnie ubawiony zaplanowaną zaczepką, rzekł poważnym tonem, całkowicie niepasującym do rozradowanej miny:

– Czy skoro nie byłeś żonaty, wiesz cokolwiek o zdradzie?

Aż mnie zatkało. Zaniemówiłem… Żeby on wiedział, jak bardzo chciałbym doznać zazdrości o ukochaną, jak bardzo byłbym dumny z jej i swojej wierności. No cóż, nie było mi to dane, a jedynymi przejawami zazdrości, jakie poznałem była złość, gdy czasami niektórym wybrankom zapłaciłem więcej niż zazwyczaj… Poznałem chyba wszystkie wiedeńskie domy publiczne i doskonale wiem, że miejsca na zdradę i zazdrość z miłości tam nie ma.

– Czemu pytasz? Czyżbyś chciał opowiedzieć mi o swoich zdradach? – próbowałem wymigać się od odpowiedzi

– Wiesz, że z moją żoną było tak, jakbym wcale nie był żonaty, a może nawet jeszcze gorzej, ale wyznań ode mnie nie wymusisz – odparł Haendel

– A ta tancerka z Paryża, dla której nawet w operach tworzyłeś baletowe sceny? Jak ona się nazywała? – nie odpuszczałem

– Pewnie myślisz o Marie Sallé, ale to całkowicie nietrafiony strzał. Ona była wprawdzie swobodnie wyzwolona i coś takiego, jak zdrada, było jej absolutnie obce, ale akurat ona zdecydowanie bardziej wolała kobiety. Gdy po występach w mojej „Ariodante” wróciła do Paryża, założyła tam klub na wzór masońskiego zakonu, w którym panował bezwzględny zakaz wierności i miłości, co absolutnie nie wykluczało jednak ulegania namiętnościom i poddawania się uciechom.

– Jeśli już mówimy o Marie Sallé i o zdradzie, to w jej przypadku zdradziła ją przyjaciółka, która doradziła rozkochanemu w tancerce lordowi Cadoganowi, aby przebrał się w strój kobiecy i tak ubrany dostał się do jej sypialni. Fortel się udał, ale równie szybko się zakończył, gdy spełnionemu lordowi znudziły się przebieranki w damskie szaty.

– O małżeńskich zdradach słyszało się jednak wszędzie i nieustannie. Ja oczywiście znam to tylko z cudzych opowieści – Haendel mrugnął porozumiewawczo – ale było to na tyle ważnym tematem wszelkich rozmów, że postanowiłem na tym wątku zbudować operę.

– Tytułowy Ariodante to szkocki książę zakochany w córce króla Ginevrze, która odwzajemniając jego uczucia, odrzuciła miłosne zaloty innego księcia. Odtrącony Polinesso w zazdrosnym amoku rozpuszcza kłamliwą plotkę, że Ginevra kocha właśnie jego, a dowodem ich miłości miały być wspólnie spędzone w łożnicy noce.

– Zrozpaczony Ariodante próbuje popełnić samobójstwo, skacząc do morza, król wyrzeka się swojej córki i potępia ją jako nierządnicę, a sama Ginevra dostaje pomieszania zmysłów. Jedynym świadkiem niecnych postępków Polinesso jest zakochana w nim Dalinda, która daje się wykorzystać, stając się fałszywym świadkiem przeciwko Ginevrze. To ona przebrała się w szaty Ginevry i otworzyła drzwi jej sypialni przed Polinesso w zamian za obietnicę, że po upokorzeniu królewny właśnie ona stanie się wybranką podłego księcia, który w rzeczywistości miał jednak wobec niej całkiem odmienne zamiary.

– Po wykorzystaniu Dalindy, nasyła na nią płatnych zabójców, którzy mają się pozbyć niewygodnego świadka, ale plany krzyżuje im ocalały Ariodante, któremu wdzięczna za wybawienie Dalinda zdradza szczegóły planu Polinesso przeciwko Ginevrze.

– Król skazuje tymczasem swą córkę na śmierć, chyba że znajdzie się ktoś „szlachetny”, kto ujmie się za jej honorem. Widząc szansę na pojęcie Ginevry za żonę w ten właśnie sposób oraz na sukcesję tronu, do króla zgłasza się obłudny Polinesso, nie przewidując jednak, że znajdzie rywala w osobie brata Ariodante, który będąc przekonanym o jego śmierci, chce dokonać zemsty, zwycięstwem dowodząc winy Ginevry.

– Dzielny Lurcanio ciężko rani rywala, który na łożu śmierci oczyszcza Ginevrę z zarzutów, co sprawia, że królewska córka natychmiast zdrowieje. Na dwór wraca również Ariodante i żyli długo i szczęśliwie. Także bohaterski Lurcanio zyskuje akceptację Dalindy i oni też żyli długo…

Słuchałem tej bajkowej opowieści lekko nią znużony. Całe moje znudzenie szablonową historyjką prysło jak mydlana bańka już po pierwszych dźwiękach uwertury do opery. Od razu wiedziałem, że będzie to uczta. Ciekawiło mnie, jak Georg Friedrich przedstawił muzyką miłość, zawód miłosny, cierpienia z zazdrości, smutek i rozpacz zdradzonego, poczucie opuszczenia po niesłusznych oskarżeniach, wolę śmierci zamykającej cierpienia…

Haendel jak wytrawny handlarz dawkował doznania, prezentując mi kolejne wykonania swej wspaniałej opery i dopiero nad ranem, gdy już miałem dość i chciałem iść spać, powiedział:

– Na pożegnanie posłuchaj, jak arię „Scherza infida in grembo al drudo” z drugiego aktu śpiewa mezzosopran Anne Sofie von Otter, wykonująca partię Ariodante, który właśnie dowiedział się o domniemanej zdradzie Ginevry.

Wsłuchałem się w ten nieprawdopodobnie oblepiający mą duszę smutek i w tę szczerą rozpacz, która pod koniec pieśni zwiastowała jednak chęć zemsty i cała moja tak upragniona asertywność opuściła mnie chyłkiem, ale bez wahania. Słyszałem tylko słowa zrozpaczonego zakochanego mężczyzny wyśpiewywane przez kobietę, która z perspektywy niewieściego serca próbowała sobie wyobrazić konsekwencje zdrady:

Żartuj, niewierna, w objęciach kochanka.

Ja zdradzony, w ramiona śmierci

z twojej winy, teraz idę.

Ale by zerwać ten niegodziwy związek,

ponurym cieniem i nagim duchem

powrócę, jako kara dla ciebie.

Znowu opadłem na Haendlowy fotel. Nie potrafiłem wyjść bez usłyszenia, jak całą operę zagrał dyrygujący orkiestrą i chórem Marc Minkowski. Na przemian czułem się podle fałszywie oskarżoną kobietą, zdradzonym kochającym mężczyzną, królem zmuszonym do skazania swej córki, wspaniale zaśpiewanym przez Ewę Podleś draniem, który stał się nim z powodu źle rozumianej miłości, Dalidą, która przez moment kochała drania i Lurcanio, który kochał kobietę kochającą drania.

Wyszedłem od Haendla dopiero w porze obiadu. Gdybym mu jednak odmówił, ominęłyby mnie przepiękne chwile… Nie zawsze warto być asertywnym…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 423. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: