Wizyta u Haendla nie poszła po mojej myśli. Nie dość, że trafiłem chyba na jakiś zlot wszystkich synów Bacha, to jeszcze wpakowałem się na dodatek w samo apogeum dyskusji na temat porównywania Spotify i Tidala. Wszyscy bracia Bachowie próbowali przekonać Haendla o przewadze Tidala, a biedny Georg Friedrich łapał się za głowę, wznosząc błagalnie wzrok do góry, jakby chciał wykrzyczeć: Dajcie mi wreszcie spokój…

Już miałem zareagować i uwolnić Haendla od tej mało dla niego istotnej dyskusji, lecz na szczęście uprzedził mnie w tym Johann Sebastian, który na tyle groźnie fuknął na swoich synów, że ci zamilkli i tylko Carl Philipp Emanuel nie dawał za wygraną:

– Najlepszym dowodem na przewagę Tidala jest to, że japońska firma Sony w najnowszych topowych modelach swoich genialnych smartfonów Xperia zrezygnowała z preinstalowania Spotify na rzecz Tidala, a oni doskonale wiedzą, o co w tej zabawie chodzi – CPE spojrzał triumfalnie na zebranych, a nie słysząc akceptacji dla swoich słów, dodał pewnym siebie tonem:

– Proponuję test. Wybierzmy jakieś znane nam wszystkim utwory naszego dzisiejszego gospodarza i posłuchajmy ich w kilku serwisach streamingowych. Zobaczycie, że to wystarczy…

Znudzony, zrezygnowany i już trochę poirytowany Haendel wyraźnie ożywił się po słowach młodego Bacha i bez wahania, jakby już wcześniej przewidywał taką możliwość rozwoju sytuacji, zaproponował do wyboru „Mesjasza” lub drugi zestaw dwunastu „Concerti grossi”, ten z roku 1739.

Wszyscy pozostali Bachowie aż jęknęli ze zgrozą w głosie, a Johann Sebastian spojrzał na syna z wyrzutem i wymownym gestem postukał się w głowę, po czym podszedł do mnie i powiedział po cichu:

– Zapowiada się wielo- wielogodzinne słuchanie, jeszcze masz szansę uciec…

– Od kilku dni mam sporo wolnego czasu – odrzekłem – i naprawdę chętnie posłucham dobrej muzyki. Mam jednak prośbę, abyśmy odłożyli na później „Mesjasza”, bo ostatnio jak na mój gust zbyt często słychać przy bramie powitalne „Alleluja” grane dla nowych mieszkańców DNM-u.

Haendel aż klasnął w dłonie. Nie czekając na czyjąkolwiek akceptację, podszedł do odtwarzacza, wybrał Spotify i wyszukał swoje ulubione wykonanie wielkich koncertów, którymi w dawnych czasach wypełniał przerwy pomiędzy poszczególnymi częściami swoich oratoriów. Zanim włączył muzykę, odwrócił się w naszą stronę i rzekł:

– Muszę się wam do czegoś przyznać. Co prawda większość moich oratoriów, w tym oczywiście „Mesjasz”, bazuje na tekstach biblijnych, ale wcale to nie znaczy, że stałem się wtedy wyjątkowo bogobojny. Bardziej bałem się utraty dochodów, bo od czasów wygaśnięcia mody na włoskie opery, w których naprawdę byłem dobry, musiałem znaleźć inny sposób na wyciąganie pieniędzy od Anglików.

– Wyczułem ich łatwość identyfikowania się z legendą „narodu wybranego” i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Wpadłem na to podczas pobytu u wód w Aix-la-Chapelle, gdzie kąpielami parowymi leczyłem się z załamania psychicznego po porażce z Operą Szlachecką, która triumfalnie przejęła nawet siedzibę mojego dotychczasowego teatru. Byłem w tak kiepskim stanie, że aż doznałem wtedy paraliżu prawej dłoni.

– Wymyśliłem, że wystawianie oratoriów będzie dużo tańsze niż wystawianie oper. Nie potrzebowałem wybitnych śpiewaków, wielkiej orkiestry, operowej inscenizacji, wielokrotnie główną rolę w przedstawieniach nadawałem chórom, które były dużo tańsze do zakontraktowania niż soliści i na dodatek idealnie wpasowywały się w angielskie upodobanie do śpiewów chóralnych.

– Szczerze jednak wam powiem, że długo miałem wątpliwości, jak publiczność Londynu przyjmie mój nowy styl i moje nowe dzieła. Dlatego dla bezpieczeństwa jako przerywniki tworzyłem melodyjne dzieła instrumentalne, najpierw koncerty organowe, a później „Concerti grossi”, które już samym skojarzeniem z Corellim przypominały widowni o tym, że kiedyś byłem mistrzem muzyki o włoskich korzeniach.

– Nieskromnie muszę przyznać, że zadziałało to znakomicie. Nie dość, że koncerty pięknie wypełniały przerwy w teatrze, to tak się spodobały publiczności, że musiałem je potem wielokrotnie grać w Vauxhall Pleasure Gardens, co tak przypadło do gustu właścicielowi tych ogrodów, że zamówił u rzeźbiarza Louisa François Roubiliac mój marmurowy posąg jeszcze za mojego życia, co było wówczas ewenementem i ogromnym wyróżnieniem, niezależnie od tego, że sama rzeźba pokazująca mnie podczas komponowania w roboczym ubraniu szokowała ogrodowych spacerowiczów, a mnie samego niepomiernie wkurzała. Lepsze jednak to niż nic!

– Nie narzekaj. Po twojej śmierci ten sam Roubiliac dostarczył do opactwa Westminster pomnik, na którym jesteś w szlafmycy i w kapciach, w przebraniu Apolla – ze śmiechem wtrącił Bach

– I pomyśleć, że za zgodę na pochowanie tam zapłaciłem 1000 funtów, a za sam pomnik kolejne 600 – Haendel aż się zakrztusił od śmiechu.

Długo jeszcze opowiadał o eleganckich damach spacerujących po londyńskich ogrodach i o ścieżkach, na których wystawały panie, których sztuka niesienia rozkoszy nadawała sens nazwie ogrodów. Pozornie nie zwracał uwagi na młodego Bacha po kryjomu zmieniającego co rusz ustawienia serwisu w odtwarzaczu. Po jakimś czasie wszyscy z radością nauczyliśmy się rozróżniać moment, w którym muzykę dostarczał Tidal. Dopiero pod wieczór podszedł do Bacha-ojca i powiedział z uśmiechem, wskazując jednocześnie na CPE:

– Młody myśli, że mnie nabrał, ale niech mu tam – mruknął, choć w tym mruku nie słychać było ani odrobiny złości.

– Pewnie liczy na to, że obaj wciąż mamy kłopoty ze wzrokiem i pamięta, że mieliśmy wspólnego okulistę – powiedział Johann Sebastian

– Nawet mi nie przypominaj tego szarlatana. Zmarłeś zaraz po operacji oka, a cztery lata później również i ja całkowicie straciłem zdrowie, gdy zoperował mnie ten sam John Taylor. Dobrze, że chociaż słuch nam pozostał bez szwanku – Georg Friedrich uśmiechnął się do Bacha, lecz ten nie odwzajemnił uśmiechu, a tylko lekkim skinieniem głowy wskazał na mnie, co w mgnieniu jego chorego oka zmroziło Haendla w ułamku sekundy.

Musiałem zareagować:

– Nie róbcie ze mnie aż tak głuchego. Dobrze słyszę piękno twoich koncertów i rozróżniam nawet chwile, kiedy gra Tidal…

To koniec dzisiejszej opowieści będącej 451. wpisem z cyklu „1000 utworów muzyki klasycznej, których warto posłuchać chociaż raz w życiu.

Jeśli lubisz tego bloga i zależy Ci na jego kontynuacji, możesz wspomóc autora „Kroniki Ludwika” niewielką donacją.

Za pośrednictwem projektu PATRONITE w łatwy i bezpieczny sposób, samodzielnie decydując o poziomie wsparcia i z zachowaniem prawa do natychmiastowej rezygnacji, możesz stać się Mecenasem kultury.

Jak zostać moim Patronem? Zapraszam na stronę: https://patronite.pl/KronikaLudwika

INSPIRACJA WPISU: